Jak śniadanie w brazylijskim hostelu przedstawia relacje międzynarodowe?

Salvador de Bahia.

Wchodzę na śniadanie w hostelu, wyrabiam się z porannym prysznicem przed zakończeniem jego wydawania (śniadania, nie prysznica) i myślę sobie, że oczywiście chciałabym powiedzieć, że ,,schodzę” na owo śniadanie. Bohaterowie wszystkich książek przecież schodzili! Ale ja byłam zmuszona wchodzić, bo główne pomieszczenie z tarasem było na samej górze… jak zwykle przegrywam życie, wiem.

Aromatyczne, świeżo wyjęte z pieca bułeczki i gęste soki tak typowe dla Brazylii jednak wszystko mi wynagradzają. Nawet wchodzenie. Parzę sobie kawę z ekspresu (nie wiem z ilu łyżeczek, bo sypię prosto z pojemnika), zarzucam mokrym włosem w stronę każdej znajomej napotkanej twarzy, rzucam, w zależności od odbiorcy, ,,oi”, ,,hello”, ,,hi” albo inne ,,czus” i już jestem przy stole. Już kawior, już mięso, już tak bardzo kanapki, gdy… WTEM! mimowolnie słyszę rozmowę dwóch znajomych Niemców, też gości tego hostelu:

– Dobrze, że kupiliśmy ten ketchup, ogórki i pomidory…
– Ja, ja…

Rozglądam się, rozpraszam uwagę znad kawior-mięso-bardzo kanapki i rzeczywiście, widzę, że wokół nich tyle warzywen, ile pomieścien. Tyle z pewnością by nie dostali z hostelowej plantacji!

Wracam jednak do swojej porannej konsumpcji i kontemplacji, bo w sumie co mnie cudza plantacja ogórków i pomidorów, lecz w tym czasie Polak (ażesz światen pierdzielen, że akurat takowego musiałam spotkać na drugiej półkuli ziemskiej! sorry Tomasz :*) do Niemców grzecznie z zapytaniem przystępuje:

– Czy ja mogę ten ketchup? I kawałek pomidorka?

Niemcy oczywiście, że ja, ja, zatem Polak sobie wziął i zadowolon konsumuje.

Tymczasem Brazylijczycy obok jedzą swoje kanapki z szynką i serem, nie bacząc na nic i słuchając muzyki. Ani ich tam pomidoren, ani ogórken, ani ketchupen.

Jaki z tego wniosek?
Niemiec zawsze przewidzi wszelkie okoliczności i się na nie przygotuje (wiedzieli, że na śniadaniu nie będzie wystarczająco warzyw, a i ketchupu nie uświadczysz, więc sobie zakupili.)
Polak zawsze Niemcowi ukradnie…
a Brazylijczyk? Zadowoli się tym, co ma i będzie na pewno słuchał muzyki.

Tako oto Wam rzekę.

Jaki piękny świat, gdy się ma 22 lat(a)!

Tak dawno nie pisałam i tak długo się przymierzałam, by wrócić do tej sprawiającej mi niezwykłą radość czynności, że podskakuję teraz niczym bąbelek w coca-coli. Czuję, że z pisaniem jest jak z uśmiechem: nawet, jeśli stracisz wszystkie narzędzia (czyli, że w tym wypadku zęby), nie zapominasz, jak to się robi i jak ogromną radość to daje.

Jakkolwiek paulo-koelowsko by to nie zabrzmiało: półtora miesiąca z nogą w gipsie nauczyło mnie doceniać jedną rzecz: to, że coś zależy ode mnie. A to, czy prowadzę bloga i ile mam na to czasu, zależy właśnie ode mnie.
Myślałam, że konflikt ja vs. czas trwać będzie już zawsze, a okazuje się, że ,,zawsze” trwa tyle, na ile mu pozwolimy. Nie tęsknimy za chwilami, tylko za tą częścią nas samych, którą nam zabierają. Bezsilność. Bezsilność jest jak noszenie stringów: mawiają, że czasem warto tego doświadczyć, ale generalnie powinno się to mieć w dupie i nie zwracać uwagi. To naprawdę miła odmiana, gdy mogę wziąć życie w swoje garści, a mięśnie mi w tym asystują z uśmiechem i siłą.

Mam 22 lata. To piękny wiek. Imię moje dwadzieścia i dwa.
Co się właściwie wie o świecie, mając 22 lata?

Że szczęście jest jak pieniądze: to sprawa Twoja i Twoich dłoni. Na ile sam zapracujesz, tyle będziesz mieć i nikt inny nie jest za to odpowiedzialny.

Że za kredyty zaufania dawane ludziom nie możesz żądać odsetek. Tu nie ma miejsca na dopisek małym druczkiem. Twoje zaufanie – Twój bank i skarbiec, musisz nim godnie rozporządzać. Takie jednoosobowe biuro. Nie ma, że spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, nie, nie. Jeśli decydujesz się dać komuś kredyt, świadomie decydujesz się na opcję ,,brak komornika”, ale także liczysz się z tym, że możesz otrzymać z powrotem równie dużo. Starożytni Azjaci albo inna Sylwia Grzeszczak nazywali to ,,karma”.

Po raz pierwszy w swoim życiu uświadamiasz sobie, jak cudownym dzieckiem jesteś. Nie chcesz być starszy ani młodszy. To dziecko rosło w Tobie z czasem – jak ciasto we wzorzystej blaszce umieszczone w piekarniku przed Bożym Narodzeniem. Dopiero teraz potrafisz się tym cieszyć i nie gonisz dorosłości batem niczym kiepski jeździec płowego konia. Jesteś tu i teraz, jak wyświetlana na ekranie klatka filmu, jak przezroczysta, śliska kropla wody zatrzymana w połowie szyby. Nie bardziej, nie mniej. Jak idealne BMI – w sam raz.

Jesteś naiwny. I to jest piękne. Pozwalasz ponieść się swojej naiwności i idziesz z nią łokieć w łokieć, lecz bez zderzania się. Wierzysz, że w którymkolwiek punkcie szerokości geograficznej się nie znajdziesz, doświadczysz czegoś pięknego. Gdy się parzysz w rękę, to cieszysz się, że nie spaliło Ci bujnych włosów. Jeszcze jesteś niepoprawnym optymistą, jeszcze nie boli Cię codzienna egzystencja, jeszcze nie boisz się zmian. Pozwalasz sobie na bycie Anią z Zielonego Wzgórza czy też Janem z Płowej Doliny i nie wstydzisz się tego. Społeczeństwo nie ciśnie Cię jeszcze jak gumka w przyciasnych spodniach o bycie poważnym i dojrzałym.

Grasz na loterii zwanej życiem i nie żałujesz żadnego losu, który poświęciłeś, bo wiesz, że może Ci przynieść coś wartościowego. Nie żałujesz. Nawet jeśli to kolejny pluszowy miś w odcieniu rudego złota do kolekcji.

Potrafisz dawać. Nauczyłeś się tego, idąc przez oś życia. Nie oczekujesz, że będziesz pępkiem czy lewym płucem tego świata. Rosnąca świadomość pozwala Ci zrozumieć, że bliscy ludzie to wartość, za którą mógłbyś pozbyć się lewej ręki i być wygranym na tej transakcji.

Jesteś odważny i próbujesz nowych rzeczy.

Kiedyś napisałam, że: ,,Ludzie mogą dawać mnóstwo radości. Każdy jest takim małym kamyczkiem w lawinie zdarzeń. Jeśli spotkamy się z innym kamyczkiem podczas tej lawiny (która spada tak wolno, że nawet tego nie odczuwamy), zyskujemy często przyjaciela. Jednak ilu kamyczków nie znamy, spadają sobie tak obok, spadamy sobie razem, wszystkim nam przyświeca właściwie taki sam cel.” Młoda byłam, głupia, trochę egzaltowana nastolatka z większą ilością włosów niż szarych komórek. Ale…

… wiesz, piękne jest to, że w wieku 22 lat nadal się w to wierzy. No dobra, tak naprawdę nie wiem co robi Się, ale ja wierzę.

Naprawdę jestem taka. Naprawdę mam wiarę w stanie nieważkości i uśmiech z długą datą ważności. Naprawdę boję się słów ‘nigdy’ i ‘zawsze’. Moje serce bije w rytm tykania pokojowego zegara. Najbardziej mnie przeraża, co będzie, gdy zegar przestanie tykać, więc w razie czego regularnie wymieniam w nim baterie.

Mam 22 lata i nie zawaham się ich użyć.

Jesteś człowiekiem sukcesu?

Weź kartkę, długopis, kawałek papieru toaletowego lub kawałek pliku w wordzie. I zapisuj plusik przy każdym stwierdzeniu, które pasuje do Ciebie.

Ludzie sukcesu:

– komplementują innych- mają poczucie wdzięczności

– wybaczają innym

– codziennie czytają

– nieustannie podróżują

– pomagają innym zwyciężać

– podejmują odpowiedzialność za swoje błędy i porażki

– rozmawiają o pomysłach
– dzielą się informacjami

– bawią się

– nie boją się zmian

– robią i  trzymają się swoich “to-do” list

– osiągają cele i rozwijają kolejne

– nieustannie się uczą

– chcą, by wiodło się innym

a z drugiej strony…

Ludzie porażki:

– krytykują

– mają poczucie winy

– szerzą złość

– codziennie oglądają telewizję

– obwiniają innych za ich porażki

– życzą innym klęski

– uważają, że wszelkie zasługi zawdzięczają tylko sobie

– chowają żal i urazę

– robią tylko to co im się opłaca – nie są bezinteresowni

– rozmawiają o ludziach

– nie wiedzą, czego właściwie chcą

– nie osiągają swoich celów

253234_570880062944249_350864743_n

A teraz podlicz plusy z każdej z kategorii i wykonaj rachunek. Tym razem nie rachunek zysków. Zrób sobie takie rozliczenie życiowe – swoisty PIT swoich zachowań.
Przemyślenia będą bardzo wartościowe, jeśli tylko zechce Ci się poświęcić na to chwilę. Sądzę, że warto. Podziel się ze mną w komentarzu swoją refleksją i keep goin’!

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o orgazmie, ale baliście się zapytać

13952323-vintage-krowa-i-byk-seks-w-znaczek

1. Nawet płód może się masturbować
Zdjęcia pochodzące z ultrasonografu (a więc wyraźnie pokazujące ruch) zostały zamieszczone w “Journal of Ultrasound in medicine” (to musi być przeciekawa publikacja, by the way). Płód ewidentnie poruszał ręką przy penisie w sposób wskazujący na masturbację. Wesołe to niczym wata cukrowa. Wcale mu się nie dziwię, gdybym była zmuszona tylko pływać i jeść przez 9 miesięcy, to też starałabym się to sobie jakoś urozmaicić.

2. By osiągnąć orgazm, nie potrzebujesz wcale genitaliów
Za orgazm odpowiedzialny jest taki jeden całkiem autonomiczny byt (zupełnie jak mój szyderczy tyłek) – układ nerwowy. Najciekawszym odnotowanym przypadkiem była kobieta, której do orgazmu wystarczyły… zęby. Tak, osiągała orgazm za każdym razem, gdy myła zęby. Musiała mieć strasznie wesołe życie. Coś w interakcji bodźców i ruchu wykonywanego podczas mycia zębów wywoływało u niej orgazm. Poszła do neurologa, który był zafascynowany. Sprawdził, czy przypadkiem nie chodzi o pastę, ale nie – przy każdej było dokładnie to samo. Drażnił jej dziąsła wykałaczką- też nic z tego, bodźcem była cała czynność. Ta kobieta musiała być osobą o najczystszych zębach w całym kraju, srsly. I niech mi ktoś teraz powie, że kobiecy orgazm jest trudniejszy do osiągnięcia niż męski… 🙂
Inną ciekawostką jest kobieta, która potrafiła wywołać u siebie orgazm siłą woli. Tak długo myślała, żeby zrobiło jej się przyjemnie, że w końcu organizm się poddawał i mówił: “no dobra, bejbe, skoro nie masz faceta, to miej coś od życia”. Owa babeczka, co ciekawe, twierdzi, że ostatnio swój niebywały talent wykorzystała podczas przejażdżki ciuchcią w Disneylandzie (wyobrażam to sobie: “ojeeeeej, ale nuda dla dzieciaków, zrobię coś bardziej iksajting” – pyk, orgazm) Fascynujące, jak można się zakumplować z własnym organizmem.

3. Martwy człowiek może mieć orgazm!
Za orgazm odpowiedzialny jest także kawałek odcinka rdzeniowego, który odpowiednio pobudzony wywołuje rozkosz. W wypadku osób z martwym mózgiem (ale bijącym sercem) z życiem podtrzymywanym za pomocą respiratora- czyli wg prawa osób nieżywych- można osiągnąć orgazm, pobudzając właśnie ten odcinek. Co prawda nie daje to funu i radoszki samym zwłokom ;), ale wciąż jest ciekawostką i mnie osobiście zainteresowało prawie tak samo jak ostatni odcinek House of cards.

4. Orgazm może wzmagać płodność- ale tylko u mężczyzn!
Okazuje się, że po tygodniu bez wytrysku w plemnikach zmagazynowanych w jądrach występują nieprawidłowości, które utrudniają potem zapłodnienie. Zatem “stare” plemniki trzeba usuwać, tak jak kobiety usuwają sobie stary naskórek, by odsłonić ten świeży, nowy. Można więc powiedzieć, że męska masturbacja to taki peeling dla jąder. No, panowie, macie zatem usprawiedliwienie dla masturbacji – nie ma za co. 😉

5. “Okruchy sera obok kopulującej pary szczurów mogą odwracać uwagę samicy- lecz nie samca” – Mc Kinsey
Nie bez powodu mówi się, że szczury są podobne do ludzi.

Dla zainteresowanych  źródło z pełną listą 10 rzeczy i jeszcze większa dawka ciekawostek znajduje się poniżej, enjoy.

10 things you didn’t know about orgasm

Wszystkim, którzy jeszcze jej nie poznali, bardzo serdecznie polecam stronę TED. Sama nie mogę się od jakiegoś czasu od niej niemal oderwać- mnóstwo inspirujących filmików z branż, z którymi na co dzień nie mamy okazji mieć do czynienia. Jedna strona kryjąca w sobie całe bomby śmiechu, patosu, wiedzy oraz inspiracji.

Na koniec ciekawostka: świnia przeżywa orgazm przez 30 minut. Wciąż twierdzisz, że facet to świnia? 😉

Bawcie się i żyjcie wesoło.

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

Studenckie DIY – czyli 5 powodów, dla których warto zapisać się do organizacji studenckiej

DIY – Do It Yourself. Tym razem DIY w trochę innym wydżwięku, bo…

Bycie pożądanym na rynku pracy&ciekawe doświadczenia – Do It Yourself (bo nikt inny tego za Ciebie nie zrobi, sorry)

mala_matematyczka

Sama od jakiegoś czasu Robię To Sama. I nie mówię bynajmniej o seksie.

Działam od niedawna w AIESEC – komitecie lokalnym UW  i Radiu Aktywnym – studenckim radiu Politechniki Warszawskiej. Wcześniej współtworzyłam organizację Studenckie Zniżki dla UKSW i byłam kilka razy wolontariuszką, w teatrze czy przy festiwalu podróżniczym. Każda z tych rzeczy ukształtowała mnie w mniejszym lub większym stopniu i wskazała mi moje mocniejsze i słabsze strony. Bla bla… Wiem, że gadam teraz jak na rozmowie kwalifikacyjnej, ale nie jestem w eleganckim stroju, tylko w dresie i.. to nie bujdy na resorach, tak naprawdę jest.

Kilka powodów, dlaczego pomiędzy jednym kacem a drugim wyjściem do kina warto zapisać się do organizacji studenckiej:

1. Ludzie! człowieki!
Jakkolwiek oklepanie by to nie zabrzmiało, naprawdę łatwo poznać tam grupę ludzi podobnych do Ciebie na tyle, by wiedzieli, o czym mówisz, ale jednocześnie na tyle różnych, byś mógł czegoś ciekawego się od nich dowiedzieć. Zazwyczaj są to ludzie, którzy coś sobą reprezentują, mają pasję, czytają, biegają, cieszą się i korzystają z życia. Ja zawsze byłam zdania, że obok książek największą inspiracją i motywacją są ludzie właśnie. Jest też jedna poboczna korzyść: masz gotowe, zwarte, zintegrowane grono do wyjścia na piwo/imprezę/urządzenia maratonu filmowego. Zazwyczaj nie będą dziwnie patrzeć na Twoje pomysły, bo są po prostu do Ciebie bardzo podobni i podoba im się często to samo- czego chcieć więcej?
Poza tym networking jest cholernie istotny! Taki przykład: gdyby nie dziewczę poznane przeze mnie na wykładzie Cejrowskiego i dodanie jej do znajomych na Fejsbogu, nie dostałabym pracy w herbaciarni. Wiem, żadna zaszczytna posada, ale bardzo mi wtedy akurat potrzebna. Gdyby nie to, że poszłam na szkolenie przedwyjazdowe na wolontariat i praktyki zagraniczne z AIESEC, nie poznałabym Tomasza, dzięki któremu po części teraz otrzymałam staż i niedługo zaczynam. Wszędzie poznajesz ludzi. Im więcej tych ludzi poznanych w Twoim życiu, im częściej chce Ci się nałożyć dzikie barwy wojenne na twarz czy co tam potrzebujesz, żeby wyjść z domu i WYJŚĆ z domu, tym więcej w Twoim życiu się dzieje. A każde wydarzenie ma szansę zaistnieć w ciągu przyczynowo-skutkowym. Prosty przykład: wychodzisz na szkolenie -> jesteś tam, poznajesz kogoś -> utrzymujesz z nim kontakt -> mimochodem wspominasz, że szukasz pracy -> ten ktoś ma dla Ciebie ofertę, poleca Cię, dostajesz tę pracę -> poznajesz w tej firmie swojego przyszłego męża -> jesteś szczęśliwa. Whatever. Nie musi to być wcale taki banał rodem z komedii romantycznej pokroju: “Crazy, stupid, love” jak przedstawiłam powyżej (i tak lubię “crazy, stupid, love”, miękka łydka, nie stresujcie się i bądźcie spokojni jak ten Ocean!)

2. Wpis w CV
Nie, nie łudzę się, że wpisana w CV działalność w AIESEC czy innym Radiu otworzy mi drzwi do Tajemniczego Ogrodu dla Milionerów. Nie liczę, że wszyscy będą mi się rzucać na szyję z gratulacjami, że raczyłam coś robić w trakcie studiów – żeby nie było. Nie zmienia to jednak faktu, że ja, jako potencjalna pani od HR, chętniej zatrudniłabym osobę, która ma w CV wpisane coś, co robiła za darmoszkę w czasie studiów niż tę, która cały ten czas poświęciła na wykonywanie prestiżowego zajęcia Smakosza Wódki i Piwa i sprawdzania, ile toaleta tych trunków jest w stanie potem przyjąć. Wiadomo wtedy, że jej motywacją bynajmniej nie były pieniądze. A mimo to chciała to robić dla siebie i dla tego, by się rozwijać jak rolka papieru toaletowego rzucona na podłogę w łazience. Bo chce, czuje taką potrzebę – dla mnie byłaby to ważna informacja. Podobnie zresztą myślał prowadzący jedną z sesji na konferencji AIESEC: on już starszy, mówił z autopsji. Poza tym zdobywasz doświadczenie i uczysz się nowych rzeczy. No choćbyś nie wiem jak się zapierał wszystkimi dostępnymi Ci kończynami, ciężko jest się niczego nie nauczyć, należąc do koła naukowego, organizacji studenckiej czy odbywając gdzieś wolontariat/staż. Oczywiście od Twoich chęci zależy, ile z tego wyniesiesz, ale… still your choice. Ja lubię mieć wybór, a Ty? No i działalność w takich organizacjach wskazuje często na to, że posiadasz umiejętności miękkie: umiejętność pracy w grupie, umiejętność osiągania kompromisu, negocjowania czy też twarde, konkretniejsze: znajomość angielskiego chociażby. Bo w międzynarodowej organizacji studenckiej zginiesz, jeśli nie będziesz się posługiwał sprawnie językiem. Angielskim. No. I to informacja dla pracodawcy.

3.Rozwój predyspozycji, umiejętności, nakierowanie się

Jeśli chcesz sprawdzić, czy HR, marketing czy inny PR jest dla Ciebie- to proste jak kąt pomiędzy nogami Paris Hilton. Bezbolesne w dodatku, czego nie można powiedzieć o stażu w firmie. Nikt nie wymaga od Ciebie stuprocentowego zdecydowania – organizacja studencka to najlepsze miejsce, by sprawdzać się, testować, popełniać błędy. Gdy będą Ci za to płacić, popełnianie błędów będzie równie mile widziane jak choinka i bombki w Wielkanoc.
A tak – robisz projekt, uczysz się (i wszyscy wiedzą, że się uczysz, poza tym wszyscy się uczą razem z Tobą i korzystacie z wzajemnych doświadczeń i umiejętności) i poznajesz lepiej samego siebie. Wiesz, co jest Twoją lepszą stroną, a co gorszą. Że może grafika w plakatach to Ci nie wychodzi, są lepsi, ale za to w pijarze nie masz sobie równych i jesteś takim Pijaru Koksu Juniorem. 😉

… naprawdę wiele można się o sobie dowiedzieć. I sprawdzić w wersji soft (bo nikt Cię nie zwolni, nie skrzyczy, nie obetnie premii), czy oby na pewno się do tego nadajemy. Odkryć nowe umiejętności i pewne pomysły wykluczyć.

4. Nauka nowych rzeczy – za darmoszkę!
Nie musisz nic płacić, a często dowiadujesz się rzeczy, do których normalnie nie miałbyś dostępu. Przykład? Hir ju ar: normalnie wykłady motywacyjne np. Kołtysia (poza ostatnią serią darmowych dla studentów), Jakóbiaka są płatne. Ja podobną dawkę wiedzy na konferencji AIESEC otrzymałam za darmo. Tona motywacji, inspiracji, wiedzy na temat feedbacku i psychologii – ot tak. Nie chcesz tego – nie zapisuj się. Nie myśl o tym, ile mógłbyś zyskać i dowiedzieć się ot tak, po prostu, wyłącznie dzięki chęciom i ruszeniu tyłka. Po co?

I na koniec, to co studenci lubią najbardziej, czyli…
5.Niezapomniane imprezy
Nie dość, że robisz coś konstruktywnego, o czym możesz opowiedzieć rodzinie podczas świątecznego obiadu, to w dodatku bawisz się, jak na przyzwoitego studenta przystało. To skomentuję za pomocą fotorelacji z własnej ostatniej AIESEC-owej imprezy… (fot. Piotr Pawłowski <3)

DSC_0 107
Heeey, macarena! Aj!

DSC_0 176
Spring party

DSC_0 445
Fairy tales party (cokolwiek to znaczy, bo ja po angielsku to nie rozumiem… ;))

DSC_0 459
Ja- człowiek-smerf…

PFXDoI1RULBonzScUhAJrhjH3PN1qUDjxVj8n1dyIps
… siedzę na koniu

Vb1G56iLeQgGRNuCVqZyAaDtWIoryM8eFV_-zi45oeE

No i ilość szczęścia proporcjonalna do ilości człowieków


Rusz się więc i zrób coś z Twoim życiem. Bo jak sama nazwa wskazuje- jest TWOJE. Do It Yourself.

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

PS. Aha, wpis nie zawiera lokowania produktu, jakim po części jest AIESEC. 🙂 Po prostu jestem na świeżo z tą organizacją i stąd tyle przykładów z właśnie tej działalności. Peace.

Gen(d)eralizacja

Dzisiaj trochę brejkin niusów z wielkiego świata, czyli z kraju, gdzie rodzi się, o ironio!, więcej polskich dzieci niż w Polsce.

W języku ojczystym nienarodzonego dziecka Kate i Williama “sex” poza tą czynnością, w której większość Polaków ma czas lepszy niż bieg na 100m i na widok której zasłania się dzieciom oczy, oznacza także “płeć”. Ale płeć fizyczną, biologiczną. A ta płeć, która determinuje nasze zachowania i to, że mama dzwoni do Super-Niani, gdy jej śliczna mała córeczka zrywa sobie z włosów kokardę, to gender – płeć kulturowa.

No i dzisiaj o gen(d)eralizacji słów kilka i o tym, jak wrzucanie wszystkich do jednego worka szkodzi i ludziom, i workom.

girl-moustache-cute-glasses-fashion-Favim.com-555978

“Nigdy moje serce ani moje zmysły nie umiały
widzieć kobiety w kimś, kto nie ma cycków.”
J.J. Rousseau, Wyznania , 1788

Ostatnio dokonałam fascynującego spostrzeżenia. Mam do niego prawa autorskie i możecie się ze mną nie zgadzać, ale ja tak bardzo tak myślę:

Mężczyżni lubią kobiety, które mają męskie hobby takie jak np: jazda na motorze, składanie samolotów czy myślenie. Wszystko to oczywiście przy założeniu, że poza tym są jak najbardziej ultra kobiece, pokazują szóstki przy uroczym uśmiechu, no i mają cycki – w końcu już Kopernik wiedział, że okrągłe jest lepsze niż płaskie. Odnoszę wrażenie, że takie oto męskie hobby dodaje dziewczęciu plus pierdyliard do atrakcyjności. Jest miłym urozmaiceniem od radosnego biegania po centrum handlowym na czas czy zastanawianiu się nad kątem trzymania torebki do słit foci w lustrze. Widzę nawet zachwycone miny kolegów i ich oczy błyszczące jak Doda w 20m Jakóbiaka, gdy rozmawiają z pewną moją koleżanką i dowiadują się, że owo dziewczę wie, co to sterowanie odwrotne w motorach. Podobnie miał zresztą mój nowo poznany kolega. Rozwodził się radośnie nad żeglarstwem, a ja go wysłuchiwałam z cierpliwością godną księdza w konfesjonale. W pewnym momencie wtrąciłam jakąś uwagę, która sugerowała, że stykam się z jachtami nie tylko w sytuacjach, gdy leżę na dziobie i się opalam, i że wiem, że fok i grot to nie postaci z wieczorynki, tylko nazwy żagli . W reakcji otrzymałam oczy okrągłe jak siostry Grycanki  i wydukane: “to Ty się na tym znasz?!”. “owszem, troszkę”. “ŁAŁ!” – automatycznie poczułam, jak urosłam merytorycznie w jego opinii o jakieś… dużo! 😉 procent.

Mimo to w społeczeństwie wciąż pokutuje przekonanie, że kobieta na motorze i tym podobne zjawiska to nie bardzo, bo to na cerę żle działa czy coś. Zupełny absurd.

Takie zjawisko właśnie nazywam genderalizacją, czyli taką generalizacją z “d” w środku, które, po pierwsze, ma oznaczać, że ja osobiście mam to w “d…” właśnie, a po drugie ma być połączeniem “gender” i “generalizacji” czyli generalizacji płciowej. Pod genderalizację w moim świecie podpadają właśnie wszelakie teksty rodziców typu w listach do Bravo typu: “ojej, nasz pięcioletni Jaś bawi się lalkami, a jedyne samochody, jakie uznaje, to te do przewożenia Kena i Barbie z imprezy na imprezę, co z nim jest nie tak?!” – prawidłowa odpowiedż brzmi: abolutnie NIC. Może ten Jaś po prostu zostanie taksówkarzem! Nie odbierajmy mu tego, do kulek jeża, niech sobie Jaś jasiuje po swojemu.

Pewne predyspozycje są osobowościowe- nie płciowe. Nie gen(d)eralizujmy więc, że kobieta ma lepiej gotować, a mężczyzna znać się na naprawieniu lampy, że pewne hobby są męskie, a pewne damskie, że komuś jakiegoś hobby uprawiać nie przystoi, bo…

Znam zarówno kobiety i mężczyzn, które świetnie sobie radzą z wymianą koła w samochodzie oraz zarówno kobiety, jak i mężczyzn, którzy tego nie potrafią zrobić.
Analogicznie: znam kobiety i mężczyzn, którzy świetnie gotują oraz zarówno kobiety, jak i mężczyzn, którzy sobie zupełnie z tym nie radzą.

I dopóki zachowują swoje cechy płciowe, czyli szeroko rozumianą kobiecość i męskość – wszystko jest jak najbardziej w porządku. Znacznie bardziej w porządku niż mój pokój.

Podsumowując: o ile oczywiście nie jestem zwolenniczką tego, by kobieta z mężczyzną ciągnęli zapałki o to, kto ma urodzić w ich związku dziecko, bo pewne rzeczy są uwarunkowane biologicznie (a to ten sex właśnie!), o tyle nie odbierajmy Jasiom możliwości gotowania czy Małgosiom jeżdżenia na motorze. Bo niby dlaczego? Gdzieś pomiędzy byciem “kobietą” a byciem “mężczyzną” jest jeszcze zbiór wspólny – bycie “człowiekiem”. I hobby dla mnie zdecydowanie do tego zbioru wspólnego należeć powinno. A poza tym, jak się okazuje, może to wychodzić jak najbardziej na plus dla nas – podobnie jak mężczyzn mogą kręcić kobiety znające się na motorach, kobiety zachwycić się mogą mężczyzną gotującym (ba! często to robią). Dlatego rozwijajmy swoje osobiste predyspozycje i… nie genderalizujmy.

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

4 dietetyczne mity, których powielanie doprowadza Citrrus do szału

“Mam seksowne ciało osiemnastolatki…
Trzymam je w tapczanie.”

Wiosna pojawiła się na chwilę, potem zmieniła status na “żartowałam” i znikła. Jednak to, że wróci, jest równie pewne co fakt, że Bieber nigdy nie zagra jako support Acid Drinkersów.

Z tej okazji wiele z Was, w opozycji do akcji Greenpeace “Ratujmy wieloryby”, myśli: nie ratujmy, do kulek jeża! W każdym razie nie tych w legginsach i mini. A już na pewno same tymi obiektami zainteresowania Greenpeace nie chcecie być. I słusznie. Osobiście jestem zdania, że w szkole tuż obok nauki o mitach starożytnej Grecji czy innego Rzymu powinno nauczać się mitów nt.odchudzania. Ale skoro tak póki co nie jest, to dzisiaj podzielę się z Wami wiedzą objawioną. Jeśli więc nie aspirujesz do oscarowej roli księżyca w pełni w “O tych dwóch, co ukradli księżyc” ani Helen Fielding nie pragnie napisać serii o polskiej Bridget Jones, inspirując się właśnie Twoją osobą, to…

Primo odchudzimo: jak to powiedział ostatnio Michał Kołtyś, nie ma takiej diety odchudzającej, która kogokolwiek by odchudziła. I ja się z nim w pełni zgadzam. Sirjesli. Albo zmiana nawyków żywieniowych na stałe, albo nie odmawiaj sobie tej czekolady z rodzynkami i stertą orzechów, bo i tak nic to nie da. No chyba, że interesuje Cię tylko to, by nauczyć kuzynkę nowych kolorów, gdy oko jej zbieleje, a twarz zzielenieje z zazdrości, jak pojawisz się na weselu w sukience sprzed 10 lat (co z tego, że nie będziesz mogła tańczyć, bo zemdlałabyś w połowie, bo od 2 tygodni się głodzisz? :))

funny_diet_quote_framed_tile

Seria mitów polskich w tłumaczeniu Citrrus (copyright: Martyna Pachucka):

1. Niejedzenie po 18:00 – błagam, jak będziesz robić odświeżanie szafy na wiosnę, to do worka z ciuchami, które zamierzasz oddać do Caritasu, wrzuć i ten mit. Przy założeniu, że nie kładziesz się spać wraz z ostatnią nutą pożegnalnej piosenki Wieczorynki, może Ci to wyłącznie zaszkodzić. Kolację jemy na 3h (taką z węglowodanami) albo nawet na 0,5h przed snem (białko wolno przyswajalne – twaróg półtłusty/tłusty, serek wiejski, tuńczyk w oleju – tłuszcz spowalnia przyswajanie białka). Hopsnij więc sobie białko przed snem i nie miej wyrzutów sumienia. 🙂

2. Im mniej będę jeść, tym szybciej i więcej schudnę – no, na wadze na pewno. Z tym, że cyfra może i ma odzwierciedlenie w stanie rzeczywistym, ale w wypadku długości penisa, a nie w relacji waga-sylwetka. Przecież jedyną sytuacją, gdy masz na ciele wypisaną ilość kilogramów, jest skok na bungee. W każdym innym wypadku liczy się to jak wyglądasz, nie ile ważysz. Mięśnie ważą więcej niż tłuszcz, co prowadzi do prostego wniosku: kobieta z wysportowanym, lekko umięśnionym ciałem będzie wyglądała szczuplej niż ta z mniejszą masą mięśniową o tej samej wadze i wzroście. Ja osobiście wolałabym mieć nadwagę wg BMI i wyglądać dobrze, zgrabnie, szczupło niż ważyć mało i być tzw.“tłustym chudzielcem”, czyli osobą teoretycznie drobną, ale z dużą ilością tkanki tłuszczowej. Jeśli wałki – to tylko na włosach albo w kuchni, nie na ciele.
Gdy mało jesz, w Twoim organizmie uruchamia się mechanizm pochodzący jeszcze z czasów, gdy Twoi przodkowie biegali po drzewach i bili się po głowach bananami, a pożywienie nie było tak dostępnym rarytasem jak obecnie. Mechanizm ten to gromadzenie tłuszczu na gorsze czasy. Czyli: gdy jesz mało, mózg dostaje komunikat: oho! mąż jest pipą i nie upolował znowu jelenia na obiad, muszę coś zgromadzić na gorszy czas, dopóki nie znajdziesz sobie bardziej zaradnego faceta, bejbe – no i gromadzi tłuszczyk, byś nie zginęła śmiercią głodową. Tadam. A chyba nie tego chcesz, prawda? Więc musisz dostarczać organizmowi taką ilość pożywienia, by nie kapnął się, że coś jest nie tak. Lepiej chudnąć dłużej i wolniej, ale skutecznie niż gwałtownie i szybko z szybkim ponownym skokiem w górę.

3. Jak najwięcej owoców i warzyw – Warzyw owszem- do woli. Owoce z kolei (nie mówię o owocach dostarczanych PKP) mają dużo węglowodanów prostych, które w zbyt dużych ilościach nie będą sprzyjać diecie. Zwyczajnie robią insulinowy “skok w bok” w Twoim ciele i podwyższają Ci poziom cukru we krwi tylko po to, by go gwałtownie i szybko obniżyć. Wtedy szybko stajesz się głodna i organizm wiedziony pierwotnym instynktem krzyczy jak typowy facet: JESTEM GŁODNY I JAK MNIE NIE NAKARMISZ GŁUPIA DZIWKO TO KONIEC Z NAMI, ODCHODZĘ. Dlatego z owocami trzeba ostrożnie (z facetami też).

4. Sama dieta wystarczy – NIE wystarczy. Pobiegaj, pojeździj na rowerze, poćwicz z Chodakowską, pouprawiaj seks czy porzucaj pomidorami w przechodniów na odległość, ale zrób coś, co pomoże Ci spalić kalorie. Jeszcze lepiej, żeby był to zaplanowany trening, który sprawi Ci prawdziwą radoszkę, a pomoże utrzymać masę mięśniową (każdy gram mięśnia spala więcej kalorii niż gram tłuszczu- tadam!, chociażby dlatego), która podczas odchudzania jest bardzo narażona na spalanie. Uprawiając sport, zwiększasz swój podstawowy czynnik spalania kalorii – po prostu potrzebujesz więcej jedzenia, by wyrównał Ci się bilans. Poza tym po każdej dawce sportu, nawet nic nie robiąc, spalasz kalorie szybciej i więcej niż normalnie. No i ruch ujędrnia. Troszeczkę…

227160_421932391213810_1401681686_n
Początek odchudzania dbania o linię i zmiany nawyków żywieniowych rywalizuje o pierwsze miejsce z topieniem marzanny w tradycjach wiosennych. Odnoszę wrażenie, że większość kobiet 21 marca, wraz z pierwszym słonecznym podrygiem, wraca z: “odchudzam się!” na ustach. Róbcie to więc, oczywiście- nie tylko z centymetrem, ale też z głową.

I trochę abstrahując, zdanie-motywacja: jeśli chcesz wyglądać jak gwiazda – musisz włożyć w to tyle wysiłku co ona. Samo nic się nie zrobi – tylko wąsy i wiry w umywalce robią się same.

No, to niech marchewka będzie z Wami i smacznej kolacji za 2 godziny.

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

Na dobre, na niedobre i na litość boską- kobieta!

Dzisiejsze kobiety to prawdziwie rozpuszczone bjaczys są, wiecie?

images

Od czego właściwie zaczęła się tradycja świętowania Dnia Kobiet? Otóż pracownice fabryk odzieżowych w USA wychodziły na ulicę walczyć o swoje prawa i o to, by móc pracować na równi z mężczyznami. O parytety w kopalniach, prawo do posiadania większej tkanki mięśniowej i takie tam. Chodziły biedne w tych długich sukniach i wytuptywały te swoje prawa.

15 tysięcy halek, skrzeczących kobiecych głosików i par wysoko sznurowanych bucików tuptało bardziej lub mniej radośnie ulicami Nowego Jorku i w przerwie między potknięciem się o halkę jednej koleżanki a drugiej, krzyczało: “chcemy mieć prawo używać męskich maszynek do golenia! dlaczego nasze mają słabsze ostrza?!” czy jakoś podobnie, co na pewno po amerycku brzmiało bardziej patetycznie. Walczyły o równouprawnienie w poceniu się i o to, by nie musieć pachnieć podczas leżenia na kanapie! TAK! Mężczyzna jak leży na kanapie nie musi pachnieć, dlaczego my musimy?! Marsze w tym celu urządzały i głośno o swoje krzyczały.

A jak wygląda dzisiejszy Dzień Kobiet i czego się po nim spodziewamy? Ano służy nam właśnie do tego, by od pracy się wymigiwać i leżeć na kanapie, nie pachnąc nawet, bo wysoce prawdopodobne jest to, że nawet nie możemy się zdecydować czym właściwie chcemy pachnieć. “Kochanie, dzisiaj Ty pościerasz kurze ze słoików w piwnicy i wyprowadzisz żółwia na spacer, ja mam Dzień Kobiet”.

Kiedyś to tak nie wyglądało. Jasne, wszyscy wiemy, że zawsze chcemy tego, czego nie mamy, ale wracając do historii…

W 1910 roku w Kopenhadze Międzynarodówka Socjalistyczna ustanowiła Dzień Kobiet świętem narodowym. Głównym celem celebrowania tego dnia miało być propagowanie idei praw kobiet, jak również budowanie poparcia społecznego dla powszechnych praw wyborczych dla przedstawicielek płci pięknej. Na konferencji w Kopenhadze zgromadziło się ponad 100 uczestniczek z kilkunastu krajów, w czasie jej trwania wybrano 3 kobiety do Parlamentu Fińskiego.

Następne lata przyniosły ogromne rozpowszechnienie Międzynarodowego Dnia Kobiet. W 1911 roku obchodzono go już w Danii, Szwajcarii, Austrii oraz Niemczech, domagając się w ten sposób przyznania kobietom prawa do głosowania, obejmowania publicznych stanowisk oraz pełnych praw do pracy. W 1917 roku wybuchły protesty w Rosji, których hasłem przewodnim było: chleb i pokój.

Widzicie, one chciały tylko chleba i osobnego pokoju (;)) zupełnie jak św.Franciszek, takie były ascetyczne i mało wymagające. My teraz żądamy za to z zacięciem godnym lepszej sprawy najdroższych czekoladek i robimy minę Grumpy Cata, gdy dostaniemy przecenione Toffifi z Biedronki zamiast Rafaello czy parzystą ilość róż (oh no, takie faux pas!). Miękka łydka, dziewczęta. Jak ci panowie mogą wiedzieć, czego my właściwie pragniemy, że chciałybyśmy na gokartach pojeździć czy ze spadochronem skoczyć, skoro chociażby po obejrzeniu Magdy M. u naszego boku utwierdzają się w przekonaniu, że uszczęśliwiają nas po prostu słodkości? 😉 Taka Magda M., wzorzec  kobiety ze stwierdzonymi bezsprzecznie cyckami, wcinała lody z popcornem na swoje doły i kaniony, i z miejsca jej przechodziło. No to sugerują się tym mężczyzny te nasze biedne i dają nam słodycze.

Kilka dni po tych wydarzeniach w Rosji abdykował car, a rząd tymczasowy przyznał kobietom prawa wyborcze.

… i niech mi ktoś powie teraz, że kobiety nie są silne. 🙂 Może bicepsy mamy mniejsze, ale jeśli chodzi o siłę psychiki i argumentów – nawet car nam niestraszny!

Pamiętajcie więc o tej sile i używajcie jej w odpowiednich momentach tak jak potrafiły użyć rosyjskie działaczki. I dajcie buziaka swoim mężczyznom w podziękowaniu za starania, jakiekolwiek by nie były. Pozwólcie im się zarumienić – niech im wreszcie krew napłynie do innego miejsca niż zazwyczaj, niech też mają swoje święto.

Aha i jeśli ktoś nie widział to takie śliczne mamy dziś ukobiecone Google:

kobietki

Na koniec wiersz Szymborskiej, żebyście wzruszyły się odrobinkę, uroniły łezkę i nie musiały kłamać, wpisując sobie “wrażliwa” na koncie w Sympatia.pl:

Musi być do wyboru.
Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.
To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby.
Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,
czarne, wesołe, bez powodu pełne łez.
Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.
Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Słaba, ale udźwignie.
Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.
Czyta Jaspersa i pisma kobiece.
Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.
Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,
własne pieniądze na podróż daleką i długą.
tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.
Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.
Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha, albo się uparła.
Na dobre, na niedobre i na litość boską.

Portret kobiecy – W.Szymborska

Tyle nam przyjemności ów Dzień Kobiet sprawia. Dzień to słodszy niż połączenie rodzynków w czekoladzie z Justinem Bieberem- zatem… niech przyjemność i ogórki kiszone na przełamanie smaku będą z Wami! I następnym razem podejmijcie decyzję, czym pachnieć na parę dni przed, bo jeśli już się macie obijać, to przynajmniej z mgiełką Wąsacze albo Dolcze Gibona wokół. Pamiętajcie przy przyjmowaniu goździków, nietrafionych różowych rajstop czy innych czekoladek z orzechami, na które macie alergię, że kiedyś kobiety musiało dużo wytuptać w niewygodnych butach, byście teraz mogły to mieć!

Aha i jeszcze życzenia, bo skoro wszyscy wokół sobie życzą znad kwiatów niczym znad opłatka…

Ja, odmiennie, życzę Wam, drogie panie, dużo książek, żebyście miały w czym te wszystkie róże, tulipany i inne kaktusy suszyć. Prawdziwy problem, wszak, gdy nie mamy w czym zasuszać kwiatów, które otrzymałyśmy. A panom życzę, żebyście nas kochali. Wtedy nie będzie Wam przeszkadzało, że nas nie rozumiecie.

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

(źródło cytatów użytych w tekście TUTAJ)

Zgierz to taki blogerski zwierz – relacja z Pogaduch Blogerów #4 we Wrocławiu

Dlaczego tegoroczne Blog Forum zostało zorganizowane z Zgierzu, nie w Gdańsku? Jak to się stało, że w Zgierzu wybudowano metro szybciej niż w Warszawie i nie wiedziała o tym cała Polska? Ile pieniędzy z budżetu Unii Europejskiej musiało pójść na napoje dla blogerów? Dlaczego od czasu łikendu we Wrocławiu wszyscy, którzy robią internety, kochają Polonusa, Wyborową, Frugo i Ilonę Patro? To wszystko w dzisiejszym odcinku!

Pierwsze, co pomyślałam, budząc się w sobotni poranek o zupełnie nieblogerskiej porze, czyli 6:30, oprócz niecenzuralnych słów, to: budzikom śmierć!  Potem poznałam Maćka Budzicha zwanego Budzikiem i stwierdziłam, że no właściwie to jednak nie chcę, żeby umarł.

Kawa na rzęsy, tusz do ust… eee, tzn. kawa do ust, tusz na rzęsy i powitałam Plac Defilad. Energia człowieków internetów wyczuwalna była w promieniu kilometra, zatem nie miałam wielkiego problemu ze znalezieniem blogerskiego busa.

Przed wyjazdem wyglądaliśmy tak (zdjęcie robione z takiego trochę-daleka, co by nie było widać zapałek w oczach):

Obrazek

(zdjęcie by Blogostrefa; jestem tym małym człowiekiem w pomarańczowym szaliku i włosami na twarzy. włosami, nie wąsami, zaznaczam.)

Jak widać, całkiem nieźle. Potem byliśmy już tylko ładniejsi. Polonus zaznaczył, że na potrzeby wyjazdu stał się Blogonusem. Albo blogo-zgonusem…
I blogerzy pojechali w świat, by przekonać się, że inni piszący istnieją także w wersji 3d.  Niektórzy przekonywali się bardzo namacalnie. Ale ja nie o tym chciałam.

W blogobusie:
– znalazłam swoją zagubioną mentalną siostrę (Karolinę) i ojca (biblijnego Jakuba). Nie mentalnego.
– dla odmiany nie znalazłam Wi-Fi. “Może to jej telefon, może to brak internetów”. Kolejnym razem wi-fi zaśpiewamy w rytm Reni Jusis “kiedyś Cię znajdę, znajdę Cięęęęę”
– wraz z Bazylią, która ma odpowiednio dobraną ksywkę, bo zachowuje się jak po ziole (w sensie pozytywnym jak najbardziej oczywiście), wymyśliłam prezent dla Agaty zwanej Kurczakiem, a mianowicie z toalety zabrałyśmy plakat z Chippendejsami i przerobiłyśmy na CZIKENdejsów…

Obrazek
Można się śmiać. Haha-haha. Już.

Dobra. Co później? A później to już tylko alkohol. Tak jak wyżej wspomniałam – jeździliśmy metrem po Zgierzu ponad godzinę… niektórzy zmęczyli się tym faktem niezmiernie.

Obrazek
Ale blogerzy nawet śpią stylowo. Kokonik-stajl.

Promowaliśmy koszulki Michała Góreckiego (ojej, czy ja nadal to robię? sprzedałam się…)

Obrazek
Uroczo pozuje nam Agata-Kurczak, która ma zrobić sobie także koszulkę wg mojego pomysłu, czyli z napisem: Weź mnie na ruszt. – Kurczak.

Po promowaniu jechaliśmy (autobusem i po sobie wzajemnie też – dla jasności z czystej sympatii):

Obrazek
(przyznajcie, że naprawdę ślicznie jedziemy 😉 nikt tak ładnie nie jeździ jak blogerzy.)

Na miejscu, zmęczeni, lecz jednocześnie podekscytowani zupełnie tak, jakby Pointer Sisters śpiewały właśnie o nas, szukaliśmy nowych wrażeń. I Nowych Horyzontów. Kina Nowe Horyzonty w sensie. I studiowaliśmy przypadki dzięki chłopakom ze studiumprzypadku.com.
To robiliśmy wszyscy, a jeszcze ja osobno: ja zajmowałam się kochaniem swojego życia.

Obrazek

O, tutaj na przykład, tuż po przyjeździe do Wrocławia. Ewidentnie kocham życie. (albo po prostu cieszę się, że już nie każą mi siedzieć, bo siedzenie kojarzy mi się ze szkołą.)

Następnie były kobiety, blogerzy, wino, śpiew, a chłopcy ze studiumprzypadku bardzo postarali się o gry i zabawy integracyjne, robiąc nam tak:

Obrazek

Pomagam mydełku pozować…

Obrazek… lecz samo też sobie fantastycznie radzi, mogłoby być fotomodelką.
[zdjęcie zrobiła moja odnaleziona siostra Karolina z: http://www.oldfashionedgirl.pl]

Następnie było poznawanie nowych ludzi, zdziwienie, ilu niesamowitych ludzi z branżuni może znaleźć się w tym samym miejscu, dziw, że nasze wielkie ega mieszczą się w jednym pomieszczeniu, przybijanie piątek, integracjaw Nowych Horyzontach odbyły się Pogaduchy, lecz jedyną możliwością zabrania w nich głosu przez blogerów było ćwierkanie na Twitterze i przekrzykiwanie się, który ptaszek jest lepszy. Czyli, że najlepszy hejterski Tłit miał zostać nagrodzony przez organizatorów.

Rozmawialiśmy o outdoorze. Swoją drogą, temat interesujący, zagłębiłam się w niego po powrocie niczym w śnieg na stoku, tylko nieco bardziej dobrowolnie. Ustaliliśmy wszyscy zgodnie, iż reklamy w Polsce są brzydsze niż Kazimiera Szczuka i trzeba coś z tym zrobić. A zajmują się tym człowieki z organizacji Miasto Moje A W Nim. Potem poszliśmy uzupełnić kalorie po tym intelektualnym wysiłku. I po alkoholu.

Obrazek
JestKultura! 😉 Nie mieliśmy wyboru, była tylko Wyborowa. Ale za to jaka! 30% szczęścia. Ona Wyborowa, my wybrani… brzmi jak początek dobrego Harlequina.

Następnie udaliśmy się na dęsy i dzikie pląsy w El Barrio. Już sama nazwa zwiastowała sjestę. Siedzieli, pili, lulki palili. Mało karczmy nie rozwalili, ha, ha, hi, hi, hejże hola!
(… i na mohito czekali 40min., ale o tym Mickiewicz nie pisał, to i ja pominę. Najwyraźniej barmanka troszczyła się o moją blogerską trzeźwość. I moralność.)

Później był już tylko poranek, zapałki w oczach… tosty z parówkami i parówki z tostami, rewelacyjna kawa z ekspresu oraz oglądanie Wrocławia. Rynek mienił się słońcem, a ja promieniowałam zachwytem. Wrocławiu, jeszcze Cię kiedyś nawiedzę niczym Mickiewicz nawiedzał Celinę . Może to nieetyczne, ale co tam. Równie nieetyczna byłam w psuciu walizki – pozbawiłam ją kółek tak jak stan konta na koniec miesiąca pozbawia nas nadziei. Wylansowałam także nowy trend chodzenia w kozaku z opuszczoną cholewką, gdyż zepsułam sobie w nim zamek. Jestę trendsetterę, strzeżcie się blogerki modowe!

No i cóż ja mogę…
Po tym wyjeździe pozostaje mi tylko powiedzieć, że Kraków i Warszawa mogą przestać się kłócić o to, które jest stolicą Polski i mówić, że Warszawa myje zęby szczotką do kibla czy że Kraków klaszcze u Rubika. Bo to ZGIERZ JEST STOLICĄ POLSKI! Blogerską stolicą w każdym razie na pewno.

Było pięknie, a blogerzy są fantastycznymi ludźmi. Dziękuję.


Z wyrazami blogowości,

Citrrus.