Dlaczego nigdy nie nauczę się gotować

Od dawna wszystkim wiadomo, że najlepsza kandydatka na żonę to taka, która, pomijając walory fizyczne, potrafi przyrządzić trzydaniowy obiad z “Pana Tadeusza” rodem.

Aromatyczna zupa, drugie danie z okraszonymi tłuszczem ziemniakami i porządną porcją mięsa, co by się CHOP najadł. A następnie z pąsem na polikach i śpiewem na ustach poda jeszcze deser do stołu tanecznym krokiem. Tzn. na tyle tanecznym, na ile może sobie pozwolić, niosąc w dłoniach tacę z siedmioma salaterkami.

To my (w sensie te piękniejsze) podobno posiadamy mózgi*, w których tuż obok ośrodka odpowiedzialnego za odczytywanie sygnałów mowy ciała i umiejętności rozróżniania różowego od barwy saharyjskiej perły, mamy do dyspozycji także talent do gotowania. Tylko nie zawsze z niego korzystamy. Z talentu, nie mózgu.
No przepraszam, ale jeśli jest rzeczywiście tak jak napisałam powyżej, to chyba mi się guzik do włączania owego talentu zepsuł. Nijak się do gotowania nie nadaję. Albo mój talent jest na tyle ukryty, że nawet ja sama o nim nie wiem. Prędzej nauczę się stepować w szpilkach na lodowisku niż nie przypalę mleka do kakao.

Poza tym gdy byłam nastolatką, mama powiedziała mi coś, co bardzo zapadło mi w pamięć:

Ty nie musisz robić tego, co wszyscy!

Interpretacja jest prosta jak kąt między ścianami w moim pokoju. Skoro wszyscy gotują, ja nie muszę. Thanks, mum.
(dobra, tak, wiem, że rozmowa dotyczyła palenia, gdy wpadłam w nie do końca odpowiednie towarzystwo, ale kto mi to teraz udowodni?)

418470_3583006695980_365128518_n

Myślałam, że jak będę starsza i mądrzejsza, to brak umiejętności gotowania przejdzie mi samoistnie. Mit. Jestem starsza, a ani mądrości, ani tym bardziej umiejętności gotowania ani widu, ani słuchu.

Nie dlatego, że nigdy nie próbowałam.
Próbowałam, oczywiście. W te wakacje postanowiłam sobie ambitnie, że nauczę się gotować, żeby przy kolejnym zjeździe rodzinnym na pytanie: “a masz już jakiegoś kawalera?”, móc odpowiedzieć: “nie mam, ale przynajmniej umiem gotować, babciu!”

Wzięłam się do rzeczy, jak to mam w zwyczaju, z wysokiego pułapu. Ambitnie. Zaprosiłam koleżanki. Zapowiedziałam, że zrobię specjalnie dla nich zapiekankę-której-nie-da-się-zepsuć. Dałam na zapowiedzi w internetach. Przygotowałam kamerkę w swoim laptopie do kręcenia amatorskiego odcinka “Magdy Gessler” (w dzisiejszym odcinku: co dziś przypali Martyna i dlaczego zdarzy się to już wtedy, gdy przez obiadem goście zażyczą sobie kawę? kto kogo będzie ganiał w widelcem po balkonie? dlaczego po obiedzie autorstwa Martyny toaleta jest zapchana?). Ewentualnie nagranie z kamerki miał0 posłużyć jako dowód na to, że ja to mieszkanie to podpaliłam niecelowo.

Znalazłam jakiś sympatyczny przepis na Najprostszej Stronie z Przepisami. Trochę pieprzu tu, trochę pieprzu tam, nawet paprykę pokroiłam bez ofiar w ludziach. Zdziwiłam się tylko troszkę, że ten ryż w zapiekance ma być bez uprzedniego podgotowania. Ale skoro Najprostsza Strona z Przepisami tak twierdzi… Pach! zapiekanka ląduje w piekarniku. Pół godziny później – papryka w zapiekance się przypala, kurczak też już się jara jak Sen Pszczoły ostatnimi czasy, ale ryż wciąż niewzruszony jak Mur Berliński przed ’89. Postanowiłam potraktować go jak mężczyznę – dać mu czas. Czas jednak nie był dobrym wyjaśnieniem dla przybyłych już, wygłodniałych (!) gości i… godzinę później podałam tę zapiekankę z surowym, niewzruszonym ryżem. Koleżanki zjadły co prawda wszystko, ale na pewno nie dlatego, że było smaczne. To po prostu dlatego, że: 1. były wygłodniałe, 2. są studentkami i gorsze rzeczy im przechodziły przez gardło.
Później się okazało, że nie doczytałam, że naczynie żaroodporne trzeba było po prostu nakryć pokrywką, wtedy ryż by zmiękł…

Gotować więc ja nie potrafię. Dlatego też swojemu mężowi gotować nie będę. Po pierwsze, nie chcę nigdy ryzykować, że zupa była za słona (albo ryż surowy).  Jeśli zupy nie ma wcale, to nie będzie też za słona. Nie ma zupy – nie ma ryzyka. Takie to proste. Po drugie, wiem, że po pierwszym dniu mieszkania ze mną mój mąż-to-be prędzej mi pozwoli się przejechać swoim BMW niż zrobić mu chociażby herbatę (a zaznaczam, że nie mam prawa jazdy ;).

Jest jednak dla mnie nadzieja.
Dawno już wpadłam na to, że “przez żołądek do serca mężczyzny” to zwyczajny mit. Obalamy. Jeśli osoba, która rozpowszechniła powiedzenie “przez żołądek do serca” wie tyle o anatomii człowieka, co o rozmnażaniu, to już wiem, dlaczego mamy tak niski przyrost naturalny.

Przyspieszona lekcja biologii dla tych, którzy ściągali na sprawdzianach w gimnazjum:

Serce i rozum

(wybaczcie, nie jestem mistrzem Painta; właśnie dlatego piszę bloga, a nie wystawiam swoje prace w Zachęcie)

Nadal twierdzicie, że przez żołądek do serca, skoro serce jest wyżej od żołądka i nijak nie po drodze potrawie po przejściu z ust do żołądka wracać jeszcze do serca? Weźcie, to tak jakby jechać z Krakowa do Warszawy przez Lizbonę  – no da się, ale chyba kolejność nie ta i nie ma to większego sensu.

Pozdrawiam wszystkie Dobre-Żony-To-Be. Bez szczypty ironii, całkiem serio: szczerze Was podziwiam, bo posiadacie umiejętność, która  jak dotąd jest dla mnie zupełnie niedostępna.
Wy umiecie gotować, więc nie musicie dobrze całować. Ja mam trochę trudniej.

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

* polecam zwrócić uwagę na to, że tam nie jest napisane wbrew uciesze niektórych, że “podobno posiadamy mózgi”, tylko “podobno posiadamy mózgi, W KTÓRYCH (…)” (przyp.autorki) 🙂

Advertisements

20 thoughts on “Dlaczego nigdy nie nauczę się gotować

  1. gotowanie nie służy tylko uciesze męża.
    niektóre umiejętności posiadać chcemy, bo nam samym bez nich przeżyć trudno. (a że innym też…? pf. ja się najpierw o siebie martwię)

    • Jasne, że nie służy tylko uciesze męża, ale to atrybut dobrej żony. 🙂 Którego ja nie posiadam.
      A że gotowanie przydaje się i singlom, wcale nie przeczę. “Krzysiu, chcę być taki jak Ty, (…) 5 posiłków dziennie” – samo się to 5 posiłków nie zrobi!

  2. Moim zdaniem, trzeba najpierw zastanowić się dlaczego umiejętność gotowania jest atrybutem dobrej żony. Nie ma to nic wspólnego z “przez żołądek do serca”, chociaż wydaje mi się, że jest jednak w tym powiedzeniu trochę prawdy – mi fakt, iż facet zaprasza np na własnoręcznie przygotowaną kolację (smaczną!) jak najbardziej może ułatwić zakochanie się. Ale sama sztuka gotowania to po prostu coś, co pozwala przeżyć, jest to pewna zaradność życiowa, no i wielka oszczędność. Potwierdzi to każdy, kto był zdany sam na siebie i nie stać go było na codzienne stołowanie się w knajpach. Wtedy nawet ugotowanie jajka na twardo jest na wagę złota. Nikt nie jest omnibusem i w dzisiejszym świecie gotowanie nie musi być domeną kobiety – znam wiele par, gdzie to właśnie facet jest odpowiedzialny za kuchnię i nie widzę w tym nic złego. W każdym razie takie umiejętności jak gotowanie, utrzymanie czystości, zaradność typu odetkanie zapchanego zlewu – takie właśnie mega przyziemne cechy pozwalają ocenić, czy ta druga osoba będzie razem z nami pchała wózek do przodu czy raczej “dwie lewe rączki”.

  3. PS. Poza tym gotowanie to nie jest talent, chyba, że ktoś aspiruje do bycia Gordonem Ramseyem. To jest coś, czego się człowiek uczy metodą prób i błędów. Pierwsze trzy zupy będą nie do zjedzenia, ale już 4 będzie zjadliwa, a 10 – przepyszna. Ważny jest dobry przepis i trochę cierpliwości na początku 🙂

  4. “Ty nie musisz robić tego, co wszyscy!” Nie jedz, nie pij, nie oddychaj – to wszyscy robią, idealne żony też. 😀
    A tak już na serio – ja tam zawsze eksperymenty kuchenne robię sam ze sobą, co najmniej dwa razy, zanim kogoś uraczę swoim tworem kulinarnym. Mniej przypału, więcej frajdy.

  5. “Nie ma zupy – nie ma męża.” 😉

    I tłumacząc Ci pokrętną logikę ludzką – o to właśnie chodzi w tym powiedzeniu, że to jest totalnie nie po drodze, tak jak mówi się o pójściu gdzieś “przez Pragie”. Czasem tę warszawską, czasem czeską.

  6. tyle Martyn u góry, że już myślałam, że skomenowałam zanim przeczytałam.

    ja uważam, że jednak droga przez żołądek do serca nie jes wcale taka naokoło 🙂
    sama poniekąd wykorzystałam te sprytne sztuczki by usidlić samca: “ojej, a Ty taki chory, zupę Ci ugotowałam” .. choć początki były trudne i zupa za słona to samiec wybaczał, bo odczuwał miłość z mojej strony i chęć opieki nad nim w ciężkich chwilach. A teraz … puchnę z dumy do wielkości balonika z kucykiem pony w cyrku, kiedy mi mówi, że nikt nie gotuje lepiej niż ja.

  7. A ja gotuje! Smażę, piekę, zapiekam, dusze, i nawet wekuje! Bo to taka moja duma jest! Nawet jak sama dla siebie, nawet jak tylko z resztek – to lubię. Tylko że potem posprzątać trzeba… więc no właśnie – jeden sprząta, a drugi gotuje, trzeci natomiast na desce śmiga. Ja gotuje, na nartach jeżdżę, ale w szafie mam taki pierdolnik, że czasem aż samej mi siebie żal 😀 proste – nie można mieć wszystkiego! PS. Ale i tak mój facet gotuje lepiej 😀

  8. Może mistrzynią kuchni nie jestem, może i nigdy nie będę, ale i tak radocha z próbowania jest wielka. Największa, jak robimy coś wspólnie – ja i on.
    I chcę gotować, chcę robić takie świetne przetwory jak moja mama, zrobimy wspólnie wuzetkę, a nawet kiedyś posadzę pomidory w przydomowym ogródku, a przede wszystkim będę czerpać radość, jak chłopakowi coś będzie smakowało, bo nieba bym mu przychyliła.
    Na szczęście umiem i dobrze całować, więc jak coś mi nie wyjdzie, to jest szansa, że mi to wybaczy i nie każe spać w piwnicy za karę. 😉

    Nie wiem czy przypadkiem się nie czepiam, ale odnoszę wrażenie, że jednak odrobinę negatywnie nacechowałaś notkę tym “ja to nie wszyscy” i niejako masz się za fajniejszą, bo ci nie wychodzi coś tak banalnego i prozaicznego.
    A jeszcze z tym “przez żołądek do serca” to prawda życiowa, bo tak podświadomie ciągniemy do osób, które się dla nas starają i o nas dbają. Nie tylko mam fajnie jęczeć w nocy, błyskać inteligencją na prawo i lewo, świecić cyckiem w seksownej sukience, ale i schabowego dobrego zrobić, bo kurde bez pełnego brzuszka to się nie pobzykamy, bo kto by myślał o tym “jaka ona śliczna”, skoro ma dwie lewe rączki?
    Pewnie, że nie mam zapatrywań na zostanie kuchtą i sprzątaczką roku, ale może ja tak na to patrzę, bo mi mój chłopak robi koktajle truskawkowe, to i mi się chce być “materiałem na idealną żonę” i paść go, aby się radośnie turlał? 😉

    • Tekst IMO nie ma wydźwięku: “jaka to ja jestem fajna, bo nie umiem gotować; gotowanie jest takie mainstreamowe, a ja taka alternatywna, bo nie potrafię” 🙂 Nie. Próbowałam z poczuciem humoru i przymrużeniem oka pokazać, że to, że coś nam nie wychodzi, też można przekuć w pozytyw.
      A co do dbania o drugą osobę- no oczywiście, że tak, jednak nie na tym moje przedstawienie “przez żołądek do serca” miało polegać. Ta notka nie została przeze mnie napisana serio, tylko zrobiłam nią takiego “wink’a” do czytelnika :>
      Gdybym chciała napisać poważnie i serio o tym, co myślę o wspólnym życiu z kimś, zaradności, dbaniu&gotowaniu, napisałabym dokładnie to co Ty, bo się z Tobą zgadzam.

  9. Ale niektórzy poważni w tych komentarzach… a cały blog jest poniekąd z przymrużeniem oka.
    Jak dla mnie teksty dobre, choć czasem za dużo porównań 🙂

    Choć przyznam niektóre mnie rozwaliły. Powodzenia dalej – czytam regularnie – w czasie sesji prawie po dwa razy 😛

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: