To nie ryba – to ruch wpływa na wszystko

Poniedziałek. Zarówno kalendarzowy, jak i ten “mentalny”. Mentalne poniedziałki zawsze są najgorsze, bo oznaczają zniechęcenie, złe samopoczucie i negatywne postrzeganie otaczającego nas świata oraz wszystkiego co z nim związane. Każdy z nas je miewa.

11177026

Zima wciąż trzyma. Za oknem krajobraz tak nieprzyjemny, że aż chce się sprawdzić, czy nikt w nocy przypadkiem nie wylał szarej farby na szyby i nie zniekształca teraz ona rzeczywistości. Szybki rzut oka za okno. Sznur samochodów, ludzie w nieustannym pędzie. Wszystko zdaje się przykładową układanką. Jakby ktoś pozbierał puzzle z kilku różnych kompletów i próbował sklecić z nich całość. Nijak ma się do siebie kolorystycznie, poszczególne elementy się nie łączą, a Ty masz nieodparte wrażenie, że to wszystko ze sobą nie współgra i jest “na siłę”. Jest, bo jest, choć samo nie jest do końca przekonane, że rzeczywiście być powinno. Równie dobrze mogłoby być w Tokio czy innym Nowym Jorku. Nie ma w tym ideologii przypisanej akurat do tego miejsca. Znasz to poczucie?

Stolica oddychająca spalinami… a ja gdzieś pomiędzy jednym jej płucem a drugim. W końcu płuca są w centrum ciała, czyż nie? A ja mieszkam właśnie w centrum.

Wzdycham ciężko, ratując się aromatyczną kawą. Jej zapach przypomina mi rześkie poranki w domu rodzinnym, gdy oboje rodziców piło świeżo zaparzoną, fusiastą (naprawdę nie ma takiego słowa, słowniku?! rozczarowujesz mnie) mieszankę do śniadania. Jako mała dziewczynka patrzyłam z niedowierzaniem, że im to rzeczywiście smakuje.
Lubię do tego wracać. Pomiędzy jednym łykiem a drugim nucę “Gdy patrzę w Twe oczy zmęczone jak moje…” i zastanawiam się, co zrobić, by ten dzień nabrał rumieńców niczym dziecko po wyjściu na sanki w mroźne popołudnie.

Po chwili zapala mi się żaróweczka jak u Pomysłowego Dobromira i już wiem.

Pakuję torbę. Zanim zdążę się zastanowić, czy oby na pewno wszystko mam, jestem już za drzwiami. Zgodnie z zasadą, że nad wyjściem się poruszać nie warto długo myśleć, bo znajdzie się pierdyliard wymówek, dla których może jednak warto zostać w domu. Idę na siłownię.

I to naprawdę działa.

Nie bez powodu sprytna natura wymyśliła sobie coś takiego jak wysiłek fizyczny. Z każdym krokiem na bieżni czy orbitreku świat się rozjaśnia. Moją głowę opanowują endorfiny, a ja im pozwalam rządzić. Wychodząc, łapię już kąciki ust za uszami. Jest pięknie.
Ruch…

Więc tak, to nie ryba, tylko ruch wpływa na wszystko. Niby oba słowa są czteroliterowe i oba na “r”, a jednak taka różnica. Poza oczywistymi korzyściami typu zdrowa sylwetka, daje też naprawdę genialne samopoczucie. I wszelkie wymyślone troski mijają jak wakacje – zanim zdążyć je głębiej przemyśleć. Wiem, że zdajecie sobie z tego sprawę, ale o pielęgnowaniu zdrowych nawyków nigdy nie zaszkodzi przypomnieć.


Ruszaj (się) i żyj pięknie. Miłego tygodnia bez “mentalnych poniedziałków”!

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

PSTUTAJ można polubić FanPejdża bloga. Enjoy.

Advertisements

Dziewczyno! Bądź łatwa

Tytuł celowo przewrotny, ale…

“Szanuj się”

Dziewczyno, z ręką na sercu (czy gdzie tam chcesz mieć tę rękę) przyznaj, ile razy słyszałaś te słowa od mamy/babci/innej osoby z otoczenia?

I bardzo słusznie. Słowa same w sobie niosą wielką mądrość, szkoda tylko, że w dzisiejszych czasach są błędnie interpretowane jako “zgrywanie niedostępnej”.

Lecz po kolei.

Ludzie z natury są leniwi. Z góry przyjmują to, co Ty sama na swój temat sądzisz.
A to co Ty sama o sobie myślisz, daje się odczuć w każdym Twoim kroku i każdy, kto ma choć odrobinę inteligencji emocjonalnej, bez trudu to wychwyci. Wychodzą z założenia, że Ty sama znasz siebie najlepiej (w końcu przebywasz ze sobą 24h/dobę) i w ciemno biorą to co Ty o sobie myślisz.

Jeśli Ty sama dajesz do zrozumienia, że jesteś w swoim mniemaniu wartościowa, inni wychodzą z założenia, że masz ku temu podstawy. Tym samym znacznie łatwiej będzie im Cię szanować. Oczywiście mają na to też wpływ inne czynniki, ale naprawdę, mając sama do siebie szacunek, ułatwiasz to też innym.

Analogicznie: jeśli uważasz siebie za bezwartościową, inni uznają, że widocznie tak jest. I też znacznie łatwiej będzie im tak sądzić. Proste, prawda?

Obrazek

[zdjęcie pochodzi z: LINK do strony autora na deviantart.com]

Relacje z facetami

Co oznacza dla Ciebie “szanuj się” w relacji z facetem?

Nie idź z nim za szybko do łóżka?
Odpisuj na smsy wolniej niż on?
Odmów czasem spotkania dla zasady?

Zgadłam?
Powiesz, że jest to uwarunkowane kulturowo, że kobieta ma się szanować i zgrywać niedostępną. Gu…zik prawda! Szanować się – tak. Ale niczego nie zgrywać!

Szacunek do siebie to nie głupiutkie, infantylne pogrywanie. To nie wolne odpisywanie na smsy, powstrzymywanie się przed pójściem do łóżka z kimś pomimo wyraźnej na to chęci czy odmawianie spotkań “dla zasady”.

Szacunek do siebie to życie zgodne ze swoimi przekonaniami, potrzebami i zasadami. Wszystkie duże, rozsądne dziewczynki o tym wiedzą.

Czyli: jeśli masz ochotę się z nim spotkać, po co sama sobie to odbierasz? Masz ochotę iść z nim do łóżka tu i teraz, to idź. To kwestia, w której powinnaś mieć w dupie konwenanse, zwyczaje, społeczne przyzwolenia. Bawi mnie, jak ogromną część swojego życia kobiety, uważające się za wyzwolone i niezależne, oddają świadomie społeczeństwu. Pozwalają, by decydowało, kiedy przejdą do kolejnego etapu w swoim (!) związku. Powtarzam: masz ochotę iść z nim do łóżka tu i teraz, idź. Nie zastanawiaj się, czy to za wcześnie, czy za późno. Nie wyliczaj średniej ze swoich koleżanek: bo Kasia przespała się z nim na 1. spotkaniu, a Ilona na 17., to ja jeszcze odczekam 7 randek. W drugą stronę rzecz jasna też to działa: jeśli wewnętrznie nie jesteś przekonana, to pokieruj się tym, nawet jeśli nie masz racjonalnych argumentów i nie rób tego.
Czym są zasady? Nie tym, co czuje i posiada się wewnętrznie? Jak coś czujesz, to nie będziesz musiała się nad tym zastanawiać, będziesz to po prostu wiedzieć. Gdy jesteś głodna to zazwyczaj nie zastanawiasz się, czy nie za wcześnie na obiad, prawda? Po prostu idziesz, robisz i jesz.
Ile jest związków, które rozpoczęły się od seksu, a dopiero po nim przyszła reszta uczuć? Sądzisz, że w nich facet nie szanuje swojej dziewczyny? Serio?

Gra w niedostępność

Znasz grę w niedostępność? Mam koleżankę, której zależało na facecie. Byli na rozkosznym etapie randkowania, gdy to jeszcze nie wiadomo, co z tego będzie.
Pięknego, złocisto-jesiennego popołudnia pisali ze sobą smsy. On odpisał jej po 24 minutach, a ona, dostając wiadomość, rzuciła znad ekraniku komórki całkiem poważnie: “okej, on odpisał po 24, więc ja odczekam teraz 25.”

Mówiła to całkiem serio!
(i całkiem serio to zrobiła…)

Jeśli tę grę znasz i się w nią bawisz, zaproponuję Ci dla urozmaicenia nową. Zasady są proste: weź najcięższy przedmiot, jaki znajdziesz w otoczeniu. Już? To zetknij go z impetem ze swoją głową. Brzydko mówiąc, rąbnij się w łeb.
A jak już wrócisz z pogotowia, powiedz mi, czy przeszła Ci potrzeba grania niedostępnej w ten sposób.
Na pytanie, czy ja tak nigdy nie robiłam… Oczywiście, tak, ja też w to grałam. A potem poszłam do liceum.

Są znacznie ciekawsze gry i zabawy niż gra w niedostępność. Serio. Robienie czegoś nie w zgodzie ze sobą i bez wewnętrznego autentycznego przekonania, by tak zrobić, na pewno nie świadczy o szacunku do samej siebie.

To prawdziwe przekonanie, że jesteś wartościowa, a nie gra w szanowanie się, sprawi, że będziesz budziła szacunek w oczach innych. Niezależnie od tego, kiedy zdecydujesz się pocałować czy pójść do łóżka.

A jeśli tego nie czujesz tak NAPRAWDĘ, to…

oszczędź tym biednym facetom rozczarowania, grając na początku. Jeśli on pozna Cię taką “szanującą się”, uzna, że chce wejść z Tobą w głębszą relację, a Ty tylko udawałaś, bo tak “wypada”, to i tak wyjdzie to “w proszku”. Cały związek chcesz udawać? Jeśli jesteś kobietą-bluszczem, której sednem życia jest facet i porzuca dla niego wszelkie swoje zainteresowania, to nie zdołasz tego długo pozostawić w tajemnicy. I tak się wyda. Serio. Lekarstwem na to nie jest ukrywanie tego poprzez zwlekanie z całowaniem się. To tkwi głębiej i nad tą głębią właśnie musisz popracować, a nie sobie radośnie pogrywać. Dla mnie tacy manipulujący ludzie są obrzydliwi.

Szanowanie się jak męski orgazm

Podsumowując, z szacunkiem do siebie jest jak z męskim orgazmem: jeśli tego nie czujesz, to tego dobrze nie udasz. I tak się wyda.
I naprawdę, to, że odczekasz godzinę, zanim odpiszesz na smsa, absolutnie niczego nie zmieni. Jeśli jesteś łatwa mentalnie, to choćbyś zgrywała najbardziej niedostępną, łatwa pozostaniesz. Prędzej czy później to wyjdzie i nie szanując się tak naprawdę, wartościowego związku nie stworzysz.

No… to jeśli tego wewnętrznie nie czujesz, to już idź z nim do tego łóżka. Przynajmniej będziesz miała z tego wszystkiego jakąś korzyść i przyjemność.

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

Edit: żeby nie było, nie namawiam nikogo do bycia łatwą i jeśli tak zrozumiałeś/aś tekst, to przeczytaj go jeszcze raz. A jeśli po ponownym przeczytaniu nadal nie zrozumiałaś/eś – skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą. Ewentualnie wróć do podstawówki.

Syndrom klienta Amber Gold, czyli gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy?

… na pewno nie w komunikacji miejskiej.

I nie- nie mam na myśli tego, że prawdziwy mężczyzna musi jeździć BMW czy innym Ferrari. Jak dla mnie może jeździć i na deskorolce albo rolkach.

Chociaż nie ukrywam, że mężczyzna za kółkiem to seksowny widok. Pewnie dlatego, że zawsze miło popatrzeć jak facet ma nad czymś władzę – nawet jeśli to “coś” to tylko konie mechaniczne.

mężczyzna

Sytuacja dość świeża i (dla mnie) inspirująca, a przytrafiła się mojej koleżance. Nazwijmy ją Ubraniec.

Wyżej wspomniane  młode, ponętne dziewczę nazywające się Ubraniec jechało sobie komunikacją miejską. W pewnym momencie dosiadł się i zagadał do niej pewien chłopak. No świetnie! +10 na początek, dosiadł się, a nie wrócił do domu z podkulonym ogonem i nie skorzystał ze Spotted. Co było potem?

Chłopak-Na-Tyle-Ogarnięty-By-Nie-Korzystać-Ze-Spotted oznajmił dziewczęciu, że chciałby pójść z nią na kawę i w związku z tym prosi ją o numer telefonu. Zdawać by się mogło, że wciąż wszystko okej – numer telefonu to nie numer PESEL, buta czy  rozmiaru stanika.

Ubraniec, po przetaksowaniu go wzrokiem (=przystojny!) rozsądnie odparła, że wysiada za 15min. i do tej pory chłopię ma czas na autoreklamę. I na to, by przekonać ją do siebie na tyle, by dała mu swój numer.

Co powiedziało chłopię?
Że nie pije, nie pali, nie będzie zdradzał. Nie uczy się, nie pracuje, generalnie wszystko NIE, tylko jedno TAK: ma depresję. I chciałby się zakochać.

No, Friztl też mógłby się tak opisać. Nie pił, nie palił, nie uczył się, nie pracował, nie zdradzał. I też chciał się zakochać… uroku w tym tyle co w nazwie niemieckiego motyla. Wiemy już, że koleś oszałamiającej kariery w agencji reklamowej by nie zrobił, bo kreatywność u niego leży, kwiczy i macha raciczkami.

A tak na poważnie: przy założeniu, że do autoreklamy wykorzystujemy nasze największe atuty, to aż strach pomyśleć, co jest w nim najgorsze, jeśli to wyżej to najlepsze.  Oczywistym jest, że tym, co pociąga kobiety jest SUKCES. Już u zarania dziejów tak było: kobieta cieszyła się, gdy mężczyzna odniósł SUKCES na polowaniu i przyniósł do jaskini upolowanego jelenia, bo było z czego zrobić obiad. Nie chcemy mieć u boku Pana Jęczybuły, któremu trzeba matkować i który zamiast łapać jelenie na obiad, sam z siebie jelenia robi. Związek tworzy dwoje równorzędnych, samodzielnych partnerów. Nikt od samego startu, nie czując jeszcze nic większego do drugiej osoby, nie wejdzie w układ, w którym z góry wie, że będzie dawał więcej niż brał.
Ponadto: desperacja. Każda kobieta lubi czuć się wyjątkowa. Lubi czuć, że to właśnie na niej została skupiona uwaga właśnie dlatego, że jest taka wspaniała i wyróżnia się spośród tłumu, a nie dlatego, że cała reszta tłumu po prostu już dała mu kosza. Ani na jęczybułowanie, ani na desperację jeszcze nikt nikogo nie poderwał.

Taki facet, twierdząc, że może być dla kogoś atrakcyjny, dla mnie reprezentuje syndrom Amber Gold. To taka nowoczesna wersja biblijnego: “błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Wybaczcie… jeśli on sam nie wierzy, że ktoś mógłby go chcieć, to ja nie jestem klientem Amber Gold, żeby wierzyć za niego.  To tak, jakbym dała komuś kredyt, mimo że on sam nie wierzyłby, że go spłaci i informowałby mnie o tym właściwie prosto w oczy. No sorry, nikt nie lubi czuć się naiwniakiem.

Poza tym nie sądziłam, że będę musiała to kiedyś tłumaczyć, ale…
Zmysły! Istnieje coś takiego jak zmysły. I nie mówię teraz o siódmym zmyśle, który jest jak spisek smoleński: nikt nie udowodnił jeszcze jego istnienia. Mówię o tym, jak uwielbiamy widzieć, słyszeć, czuć, gdy coś jest ładnie podane. Tak, mężczyzna też. Zmysły można poruszać niczym struny w gitarze. Czasem mocno. Jak poruszyć mocno kobiece zmysły?

Ja (a kobietą jestem i nic co kobiece, nie jest mi obce) lubię po prostu rzeczy pięknie podane. I podobnie jak aromatyczną, dobrze zaparzoną herbatę z opuncją wolę podaną w pięknej, porcelanowej zastawie w kwiatki i imbryczku, tak mężczyznę wolę pewnego siebie, ogarniętego, konkretnego i… zadowolonego. A on sam musi umieć mi siebie takim podać.

Jeśli mężczyzna nie będzie umiał ładnie podać sam siebie, to nie będzie dla mnie atrakcyjny. Jak herbata w plastikowym kubku, z którego za wcześnie wyciągnięto torebkę. I śmiem twierdzić, że wiele kobiet ma podobnie.

Jak zakończyła się historia?

Koleżanka numeru nie dała, dzieci z tego nie będzie. I ja osobiście to popieram. Może to brutalne, ale nikt nie chce być darmową opiekunką. Jeśli się już we dwójkę wspólnie w czymś pogrążać to w namiętności. A nie w depresji partnera.

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

Dzień Bez Narzekania

Tylko 23 proc. z nas uważa, że wypada głośno mówić o swoim szczęściu. – Narzekanie, płakanie i biadolenie jest mocno osadzone w naszej tradycji i obrzędowości, które w dużym stopniu wyrosły z kultury chłopskiej, a potem stały się normą towarzyską. Nie bez znaczenia dla takiego nastawienia do życia jest także religia. Na przykład w protestantyzmie, jasno wytyczającym ludziom także ziemskie cele, nie ma miejsca na narzekanie.

(źródło: WPROST)

Nie w tym jednak sztuka, by zmieniać religię. Zwłaszcza, że odnoszę nieprzyjemne wrażenie, że narzekanie samo w sobie staje się swego rodzaju religią. Czcimy je i chronimy jak swoje dziecko pierworodne.

23% ludzi potrafi mówić o szczęściu. W tych 23% najwyraźniej znajdują się osoby, które posiadają dzieci i zamieszczają ich zdjęcia tuż po narodzinach na FejsBogu. Tym zawsze jakoś wypada się chwalić, uznawane jest to za naturalne, a takie zdjęcia cieszą się ogromną ilością lajków. A co z resztą?
77% populacji, która nie ma dzieci/Fejsboga/chęci, by się chwalić uważa mówienie o własnym powodzeniu za dziwne i nie na miejscu. Chwalić się nie wypada,
bo tak zostało przyjęte kulturowo.

To po części pewnie zasługa lektur szkolnych, jakie od dzieciństwa mamy w szkołach. Kordian się umartwiał, Werter zarzynał się tępym pilniczkiem z nieszczęśliwej miłości. Nie tylko bohaterowie romantyczni byli nieszczęśliwi. Spójrzcie na fragment z “Ludzi bezdomnych” chociażby, chociaż takie przykłady mogę mnożyć:

Ale ja mam także inną jeszcze chorobę. Ja mam zanadto wyedukowaną świadomość. To jest ścierwo obolałe! Nieszczęściem, katuszą jest posiadanie prawdy.

Z prawdą mu też źle. Choroba, świadomość, ścierwo – połączenie zabójcze. Nieszczęśliwy był ten Judym także, miłości jak widać wcale mu do tego nie było trzeba.

Taak, wiem, że przede wszystkim kobiety i nieszczęśliwa do nich miłość powoduje zło tego świata i nieszczęście wszelakie, ale nie zapominajmy, że są jeszcze flaki (fuj), muzyka Dody czy połączenie skarpet z sandałami. One też nam nie ułatwiają.

A polskie piosenki? Nie każdy wie, jakiego zespołu to piosenka, ale każdy wie, że tak mu źle, tak mu źle, tak mu szaro, życie ciągnie się mu jak makaron (z Biedronki).

Tymczasem mówienie o swoim szczęściu… je potęguje. Tak! Mózg dopasowuje się do tego, czego od niego oczekujemy. Spolegliwy to bardzo organ. Gdy się uśmiechasz, kooperuje z Tobą i włącza taśmę produkcyjną endorfin. A one tak sobie radośnie spadają z tej taśmy i podnoszą kąciki Twoich ust jeszcze wyżej i wyżej. Jak dźwig (tak, a później musisz je łapać za uszami. No coś za coś, sorry.) Mózg (i szczęście) można sobie programować. Każdy więc jest programistą. Jeden programistą HTML, inny programistą MYSQL, a jeszcze inny programistą własnego szczęścia.

(…) I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że to fikcja. Świat nie jest zły. W każdej chwili, kiedy ty narzekasz, tysiące ludzi staje się milionerami, setki tysięcy znajduje fantastyczną i nie wymagającą nadmiaru czasu pracę, a miliony kobiet ma wielokrotne orgazmy.

Volant z volantification.com

Gdy przeczytałam fragment, który wkleiłam na początku tekstu, ręce opadły mi tak, że usłyszałam, jak odbijają się u sąsiadów na 1. piętrze (a sama mieszkam na 13.). Z miejsca po przeczytaniu zaczęłam narzekać… na to, że ludzie narzekają. ;) (widzicie, jak kultura, w jakiej się wychowujemy, ujawnia się w codziennych nawykach?!) Szybko jednak ugryzłam się w język i pomyślałam, że mam świetny materiał do swojego Dnia Bez Narzekania.

Jak pomyślałam, tak też zrobiłam (dosyć nietypowe jak na kobietę, wiem). W kulturze, w której narzekać wypada, bo inaczej będziemy postrzegani za nieskromnych (tu odsyłam do swojego innego wpisu poniekąd związanego ze skromnością – sztuka przyjmowania komplementów cz.1), narzekanie staje się normą i świetną formą zagajenia rozmowy. Zawsze przecież można powiedzieć, że jest za zimno/za gorąco, prawda? :) Czyli dochodzimy do tego, że narzekanie to pewna forma pójścia na łatwiznę.

A którą osobę odbierzecie pozytywniej?

a) tę, która zagai rozmowę, mówiąc, że masz świetną fryzurę (nie mam tu bynajmniej na myśli fałszywego i zbędnego lizusostwa)
czy
b) tę, która zacznie marudzić, że nie wzięła parasola, a znoooowu pada i w ogóle to ciężko było jej wstać, czuje się ociężała niczym Garfield, a tak w ogóle to jej sąsiadce z 3.piętra wczoraj zdechł kot i pogrzebała go pod jej oknem o 4:00 rano?

No właśnie. Wnioski są tak proste, że wierzę w to, że wyciągniecie je bez najmniejszego problemu – tak jak empatyczny nauczyciel wyciąga swoją ulubioną uczennicę na tróję na semestr.

Obrazek

Skoro to czytasz i jesteś w posiadaniu wszystkiego, co zostało opisane na obrazku wklejonym powyżej – a zakładam, że jesteś – oznacza to, że prawdopodobnie jesteś w czołówce 10% najbogatszych ludzi świata. Brzmi nieźle, prawda?

A widziałeś, żeby kiedykolwiek bogaty człowiek często narzekał? Daj więc sobie spokój, wyluzuj łydkę i zachowuj się jak na czołówkę bogaczy tego świata przystało. Czyli: doceniaj to, co masz. Trzymaj poziom, stary. Jesteś przecież bogaty i należysz do elity. :)

Dobra. Odmłodzę się odrobinę i zagram z Wami w słynne: pytanie czy wyzwanie? Było już mnóstwo pytań, teraz pora na wyzwanie.

Zapowiadany przeze mnie dawno Dzień Bez Narzekania. Zasady gry: jutro od samego rana wszelkie negatywy przekuwaj w pozytyw. Wiem, że może być to momentami przekoloryzowane i zabawne, gdy samochód przejedzie obok Ciebie z impetem, rozbryzgując kałużę na Twoje jasne spodnie, a Ty się uśmiechniesz i powiesz, że to dobrze, że nie rozmazał Ci makijażu. Ale… To tylko jeden dzień, przecież nie zmieni Cię od razu w chorobliwego optymistę, nie martw się. 🙂
Najwyżej będziesz go żałował do końca życia i spluwał na samą myśl o nim, a w hierarchii najgorszych przeżyć postawisz go tuż za poderwaniem fajnej blond laski przy barze, która rano okazała się facetem. Co Ci szkodzi? :)
Tak, bawię się to z Wami. Efekty opiszę na blogu. Będzie i słownie, i liczbowo. Jutro, jeśli przeklinamy, to tylko w łóżku, ale nie na coś, co nam nie odpowiada. Stoi? Kto podejmuje ze mną to wyzwanie? Z Wami będzie mi raźniej. Podzielcie się tym w komentarzach.

Mówi się, że docenia się to, co się miało, dopiero po stracie. Ja powiem w kontrze do tego: doceń, to jest mniejsze prawdopodobieństwo, że stracisz. Naprawdę nikt wcześniej na to nie wpadł?

Stay tuned! :)

Z wyrazami optymistycznej blogowości,

Citrrus.

Baj de łej: notkę pisało mi się świetnie przy playliście ENERGETIC dostępnej TUTAJ. polecam – zarówno playlistę, jak i samą stronę dopasowującą muzykę do humoru, jaki aktualnie mamy!

Baj de łej2: jest taka książka “Zamknij się, przestań narzekać i zacznij żyć” – autor: Larry Winget. No… to zamknij się, podejmij wyzwanie Dnia bez Narzekania i zacznij żyć 🙂 Dasz radę?


Nawet w barze mlecznym można miło spędzić czas

Dwie kobiety spędzają wczasy w pensjonacie. Jedna mówi: „jakie tu mają niedobre jedzenie”, a druga dodaje: „no i w dodatku takie małe porcje.” To samo myślę o życiu. Jest pełne bólu, cierpienia i nieszczęść, a na dodatek tak szybko przemija.

Woody Allen

woody_allen

O ile jestem mentalną żoną Allena, tak tutaj nie do końca się z nim zgadzam. Ale to świetnie się składa, bo identyczne poglądy obu osób jeszcze żadnemu związkowi nie zrobiły dobrze.
Jednak… życie jest krótkie? Jest. Jest cholernie krótkie, jak smycz, na których trzymają kobiety facetów-pantoflarzy. Nie narzekajmy więc, że nie mamy pieniędzy. Nie odkładajmy niczego na później. Małe porcje? Nawet w barze mlecznym można spędzić przyjemnie czas. Jak masz pozytywne nastawienie, to trawa będzie dla Ciebie zielona, choćby była przykryta warstwą śniegu. Wiem, że odrobinę idealistycznie. I dobrze! Analogiczne do uwielbionej przeze mnie piosenki Micromusic: “w dupie to maaaam”. Chcę być idealistką, argumentując to jak na prawdziwą kobietę przystało: BO TAK!  Nie sztuka pokolorować sobie świat, będąc w posiadaniu najlepszej palety kredek Bambino. Sztuka pokolorować sobie go, mając do dyspozycji tylko wyciąg z buraków.

Już jutro zapowiadany wcześniej wpis o Dniu Bez Narzekania! 🙂

A dla zainteresowanych link do FanPejdża, po zlajkowaniu którego otrzymywać będziecie na bieżąco informacje o nowych wpisach.

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

Dlaczego nigdy nie nauczę się gotować

Od dawna wszystkim wiadomo, że najlepsza kandydatka na żonę to taka, która, pomijając walory fizyczne, potrafi przyrządzić trzydaniowy obiad z “Pana Tadeusza” rodem.

Aromatyczna zupa, drugie danie z okraszonymi tłuszczem ziemniakami i porządną porcją mięsa, co by się CHOP najadł. A następnie z pąsem na polikach i śpiewem na ustach poda jeszcze deser do stołu tanecznym krokiem. Tzn. na tyle tanecznym, na ile może sobie pozwolić, niosąc w dłoniach tacę z siedmioma salaterkami.

To my (w sensie te piękniejsze) podobno posiadamy mózgi*, w których tuż obok ośrodka odpowiedzialnego za odczytywanie sygnałów mowy ciała i umiejętności rozróżniania różowego od barwy saharyjskiej perły, mamy do dyspozycji także talent do gotowania. Tylko nie zawsze z niego korzystamy. Z talentu, nie mózgu.
No przepraszam, ale jeśli jest rzeczywiście tak jak napisałam powyżej, to chyba mi się guzik do włączania owego talentu zepsuł. Nijak się do gotowania nie nadaję. Albo mój talent jest na tyle ukryty, że nawet ja sama o nim nie wiem. Prędzej nauczę się stepować w szpilkach na lodowisku niż nie przypalę mleka do kakao.

Poza tym gdy byłam nastolatką, mama powiedziała mi coś, co bardzo zapadło mi w pamięć:

Ty nie musisz robić tego, co wszyscy!

Interpretacja jest prosta jak kąt między ścianami w moim pokoju. Skoro wszyscy gotują, ja nie muszę. Thanks, mum.
(dobra, tak, wiem, że rozmowa dotyczyła palenia, gdy wpadłam w nie do końca odpowiednie towarzystwo, ale kto mi to teraz udowodni?)

418470_3583006695980_365128518_n

Myślałam, że jak będę starsza i mądrzejsza, to brak umiejętności gotowania przejdzie mi samoistnie. Mit. Jestem starsza, a ani mądrości, ani tym bardziej umiejętności gotowania ani widu, ani słuchu.

Nie dlatego, że nigdy nie próbowałam.
Próbowałam, oczywiście. W te wakacje postanowiłam sobie ambitnie, że nauczę się gotować, żeby przy kolejnym zjeździe rodzinnym na pytanie: “a masz już jakiegoś kawalera?”, móc odpowiedzieć: “nie mam, ale przynajmniej umiem gotować, babciu!”

Wzięłam się do rzeczy, jak to mam w zwyczaju, z wysokiego pułapu. Ambitnie. Zaprosiłam koleżanki. Zapowiedziałam, że zrobię specjalnie dla nich zapiekankę-której-nie-da-się-zepsuć. Dałam na zapowiedzi w internetach. Przygotowałam kamerkę w swoim laptopie do kręcenia amatorskiego odcinka “Magdy Gessler” (w dzisiejszym odcinku: co dziś przypali Martyna i dlaczego zdarzy się to już wtedy, gdy przez obiadem goście zażyczą sobie kawę? kto kogo będzie ganiał w widelcem po balkonie? dlaczego po obiedzie autorstwa Martyny toaleta jest zapchana?). Ewentualnie nagranie z kamerki miał0 posłużyć jako dowód na to, że ja to mieszkanie to podpaliłam niecelowo.

Znalazłam jakiś sympatyczny przepis na Najprostszej Stronie z Przepisami. Trochę pieprzu tu, trochę pieprzu tam, nawet paprykę pokroiłam bez ofiar w ludziach. Zdziwiłam się tylko troszkę, że ten ryż w zapiekance ma być bez uprzedniego podgotowania. Ale skoro Najprostsza Strona z Przepisami tak twierdzi… Pach! zapiekanka ląduje w piekarniku. Pół godziny później – papryka w zapiekance się przypala, kurczak też już się jara jak Sen Pszczoły ostatnimi czasy, ale ryż wciąż niewzruszony jak Mur Berliński przed ’89. Postanowiłam potraktować go jak mężczyznę – dać mu czas. Czas jednak nie był dobrym wyjaśnieniem dla przybyłych już, wygłodniałych (!) gości i… godzinę później podałam tę zapiekankę z surowym, niewzruszonym ryżem. Koleżanki zjadły co prawda wszystko, ale na pewno nie dlatego, że było smaczne. To po prostu dlatego, że: 1. były wygłodniałe, 2. są studentkami i gorsze rzeczy im przechodziły przez gardło.
Później się okazało, że nie doczytałam, że naczynie żaroodporne trzeba było po prostu nakryć pokrywką, wtedy ryż by zmiękł…

Gotować więc ja nie potrafię. Dlatego też swojemu mężowi gotować nie będę. Po pierwsze, nie chcę nigdy ryzykować, że zupa była za słona (albo ryż surowy).  Jeśli zupy nie ma wcale, to nie będzie też za słona. Nie ma zupy – nie ma ryzyka. Takie to proste. Po drugie, wiem, że po pierwszym dniu mieszkania ze mną mój mąż-to-be prędzej mi pozwoli się przejechać swoim BMW niż zrobić mu chociażby herbatę (a zaznaczam, że nie mam prawa jazdy ;).

Jest jednak dla mnie nadzieja.
Dawno już wpadłam na to, że “przez żołądek do serca mężczyzny” to zwyczajny mit. Obalamy. Jeśli osoba, która rozpowszechniła powiedzenie “przez żołądek do serca” wie tyle o anatomii człowieka, co o rozmnażaniu, to już wiem, dlaczego mamy tak niski przyrost naturalny.

Przyspieszona lekcja biologii dla tych, którzy ściągali na sprawdzianach w gimnazjum:

Serce i rozum

(wybaczcie, nie jestem mistrzem Painta; właśnie dlatego piszę bloga, a nie wystawiam swoje prace w Zachęcie)

Nadal twierdzicie, że przez żołądek do serca, skoro serce jest wyżej od żołądka i nijak nie po drodze potrawie po przejściu z ust do żołądka wracać jeszcze do serca? Weźcie, to tak jakby jechać z Krakowa do Warszawy przez Lizbonę  – no da się, ale chyba kolejność nie ta i nie ma to większego sensu.

Pozdrawiam wszystkie Dobre-Żony-To-Be. Bez szczypty ironii, całkiem serio: szczerze Was podziwiam, bo posiadacie umiejętność, która  jak dotąd jest dla mnie zupełnie niedostępna.
Wy umiecie gotować, więc nie musicie dobrze całować. Ja mam trochę trudniej.

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

* polecam zwrócić uwagę na to, że tam nie jest napisane wbrew uciesze niektórych, że “podobno posiadamy mózgi”, tylko “podobno posiadamy mózgi, W KTÓRYCH (…)” (przyp.autorki) 🙂

FejsBóg jak to Bóg…

O ustawianiu statusów na Fejsbogu słów kilka.

FejsBóg, jak każdy Bóg, lekko szalony i niepoczytalny, pragnie tego, by jego owieczki się kochały i tę miłość demonstrowały wszem i wobec. Co robi w takim wypadku?

Pach! Wprowadza wspólne lowe-strony dla par.
Pach2! OBOWIĄZKOWE.
Pach3! Nie da się ich usunąć ani z nich zrezygnować.

No tak, a temat aktualny, bo niebawem Walentynki, które w tym roku wypadają akurat 14 lutego.
Idąc za NaTemat,

Wystarczy, że jesteś w związku i poinformowałeś o tym na swoim profilu, a serwis społecznościowy sam utworzy waszej dwójce wspólne konto.

Obrazek

(zdjęcie podchodzi z natemat.pl)

No jasne, wszak dwoje ludzi w związku to jedność, a co (Fejs)Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela.

I co teraz?
Przysięgam Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską… i że teraz możemy wysyłać wspólne życzenia do znajomych jako “Marysia i Stefan Fejsbukowie” podpisując się linkiem do naszej wspólnej strony.

Do kulek jeża. Od jakiegoś czasu jestem bardzo sceptycznie nastawiona do takiego zinternetawiania relacji. Już samo ustawianie statusu “w związku z Kasiem Frankowskim”… Czy to, że masz potrzebę koniecznego ustawienia związku na Fejsbogu w dniu Waszego pierwszego pocałunku (albo w momencie, gdy facet, który Ci się spodobał, spojrzał na Ciebie o 3,5 sekundy dłużej niż dotąd – różnie ludzie interpretują początki związków, a w końcu rocznicę kiedyś obchodzić trzeba!), dobrze o Tobie świadczy? Nie sądzę. To takie pierwotne oznaczanie (=obsikiwanie) terenu przeniesione z poziomu psów na ten teoretycznie wyższy, ludzki. A jeśli jeszcze zmieniasz status z “zajętego” na “wolny” lub “to skomplikowane” za każdym razem, gdy się pokłócicie… peace, nie zrozum mnie źle, ale – zgodnie z krążącym ostatnio po internetach żartem – gdy ja się pokłócę z mamą, to nie zmieniam sobie statusu na “sierota”. Rozumiesz zależność?

Kiedy ludzkość to pojmie, że NIE MA POTRZEBY żadnego oznaczania terenu? Po pierwsze, dlatego, że nikt obsikany nie czuje się fajnie. Po drugie, dlatego, że (utopia mode: on) jeśli komuś naprawdę na Tobie zależy, to zmiana statusu na Fejsbogu w celu odstraszenia potencjalnych adoratorów, niczego nie zmieni, bo on/ona zwyczajnie sam(a) będzie potrafił(a) tych adoratorów odstraszyć – chociażby chłodnym spojrzeniem (utopia mode: off).

A jeśli nie zależy mu wystarczająco, to… olej go. I bynajmniej nie w celu oznaczenia terenu.

No dobra, a co z singlami?
Co w takich sytuacjach mogę polecić singlom? Nie dawajcie się. Zgodnie ze starym, poczciwym dowcipem na pytanie: “a Ty jesteś singlem?” odpowiadajcie na miękkiej łydce: “nie, kurwa, albumem studyjnym.”

Gwarantuję, że w odpowiedzi otrzymasz taką ciszę, że będziesz mógł usłyszeć, jak nerki przefiltrowują Ci piwo z wczorajszego wieczoru. Bo już Piłsudski wiedział, że klin klinem, a głupotę ironią. Pierdel, serdel, burdel. To, że ironia podziała, jest równie pewne jak to, że w ciągu najbliższych 10 lat przybędzie billboardów przy Rondzie Dmowskiego.

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

Improwizowane szczęście

Potrafisz zaimprowizować szczęście? Ot tak, po prostu, się ucieszyć – tak bardzo, żeby łapać kąciki ust gdzieś za uszami?

Ci, którzy uczestniczyli w sobotnim występie grupy improwizacyjnej, potrafili. Do tego stopnia, że kąciki ust rozsypały się po całej sali (wiadomo, nie każdy złapał).

Obrazek

Zaimprowizowana radość.
Mówiąc do Was narzeczem fejsbukowym: lubię to.

Teatralna grupa improwizacyjna Lubieto. Skąd taka właśnie nazwa? Nie zdziwiłabym się, jeśli twórcy z braku pomysłu postanowili nazwać grupę najczęściej wypowiadanymi po spektaklu przez publiczność słowami. Ja także polubiłam dzięki nim swój sobotni wieczór. Zapewniam Cię, że Twoje “lubię to” wypowiadane przy Berlince z serem jedzonej na śniadanie czy widoku, gdy znienawidzona koleżanka odbija sobie na twarzy szlaczek zderzając się z mopem na szkolnym korytarzu, nijak się ma do tego, które pojawi Ci się w głowie po obejrzeniu takiego spektaklu.

Teatr improwizacyjny jest teoretycznie całkiem niegroźny i tani w utrzymaniu  – zupełnie jak Jarosław Kaczyński.

No właśnie, tylko teoretycznie. To jak umowa z zapisanymi drobnym maczkiem kruczkami. Za wstęp może rzeczywiście nie trzeba płacić ani grosza, ale nie daj się zwieść. Po kilku takich spektaklach na samą myśl o kolejnym występie wyglądasz zupełnie jak Garfield błagający o dodatkową porcję spaghetti carbonara z podwójnym serem. Ryzykujesz poważne nadszarpnięcie domowego budżetu, bo będziesz potrzebował terapii oduzależniającej. A jak powszechnie wiadomo, terapia kosztuje.

Wyobraź sobie: zwarty, ciasny krąg ludzi siedzących na podłodze i pośrodku Ty. Pewnie czujesz się teraz swojsko, bo to zupełnie jak na terapii AA. Przychodzi Twoja kolej na zabranie głosu:

“Nazywam się Iks Igrekowy, w przedstawieniach improwizowanych nie brałem udziału od dwóch godzin. Jest mi z tym ciężko, lecz wspierają mnie moje trzy żony i syn. Myślę, że z tego wyjdę.”

No właśnie. Możesz myśleć, że przesadzam. I masz rację, jako typowa kobieta mam skłonności do hiperbolizacji. Dlatego jeśli sądzisz, że takiś twardziel – idź i po prostu spróbuj.

Osobiście uważam, że teatr improwizowany powinien zostać uwzględniony w poprawionej wersji piramidy Maslova: gdzieś pomiędzy potrzebą akceptacji i współzawodnictwa, a potrzebami biologicznymi typu jedzenie, spanie czy seks.

… seks to przecież też niezły teatr improwizacyjny.

Jakiś komentarz, mejbi?

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

Sztuka przyjmowania komplementów cz.1

Cieszę się, że tu jesteś. Miło, że doceniasz moją pracę i czytasz to, co piszę. Robię to dla siebie i… dla Ciebie.

Jak się czujesz po przeczytaniu tego, co napisałam powyżej? Jeśli się uśmiechasz i jest Ci zwyczajnie przyjemnie, to świetnie. Nic nie zmieniaj. Jeśli jednak zaczynasz tłumaczyć się w myślach, że właściwie to wszedłeś tu przypadkiem gdzieś pomiędzy soleniem ziemniaków a zmianą kuwety trzeciemu kotu i na pewno to nie o Ciebie chodzi, to…

Oczywiście, że chodzi o Ciebie!

Do czego zmierzam?


Jeste[s]_[l]adna._Gruba_jestem._M[o]j_b[l][a]d

Szykujesz się godzinę przed lustrem. Najpierw szafa, która, ile byś w niej nie miała, zawsze wydaje Ci się pusta jak m&ms (ten bez orzeszka w środku).
Dylemat, czy ten karminowy szal pasuje do swetra w odcieniu wielbłądziej wełny. Następnie spódnica. Jeśli masz więcej estrogenu niż testosteronu we krwi, to oddaję prawą nogę, pięć lewych żeber i panią z kiosku na dole, że nie możesz zdecydować, którą wybrać.  Jakieś pół godziny i pierdyliard przymierzonych spódnic później jesteś wreszcie zadowolona z efektu, który osiągnęłaś. Potem makijaż i cała ta reszta, która powoduje, że w kobiecym mieszkaniu łazienka jest zazwyczaj zajęta. Skończyłaś! Jest okej, a Ty podskakujesz jak bąbelek w coca-coli.
Podziwiasz urodę klamki od drzwi wyjściowych Twojego mieszkania od strony klatki schodowej – mówiąc krótko: wreszcie wychodzisz.

Docierasz na uczelnię/do pracy/randkę. Słyszysz:
– Ojej, masz naprawdę piękną sukienkę!

Co odpowiadasz?

– No co Ty, wstawałam rano, było jeszcze ciemno, a że zabrali nam ostatnio prąd, to wyciągnęłam pierwszą lepszą sukienkę z szafy i jak wyszłam na zewnątrz, okazało się, że to sukienka, którą 3 lata temu mama wygrzebała w kuble Caritasu.

Wielokrotnie byłam świadkiem zaprzeczania komplementom.
Jeśli myślisz, że to skromność i to jest w cenie – to niestety muszę Cię rozczarować. Ani pierwsze, ani drugie. Po pierwsze, zawsze twierdziłam, że ludzie skromni do niczego nie dojdą. Po drugie, to nie skromność, to zwykły nietakt wobec osoby mówiącej komplement.

Wyobraź sobie, że to funkcjonuje podobnie jak gra w ping-ponga.
Ktoś serwuje do Ciebie piłeczkę w podaniu tak korzystnym, żebyś miał szansę odbić. Ty odsyłasz mu (celowo!) taką, że dostaje on tą piłeczką w twarz.

Tak właśnie działa negatywna odpowiedź na miłe słowo. Rozmówca dostaje swoim miłym słowem w twarz, a przecież chciał dobrze. Doceń więc to jego “dobrze” i nie dopatruj się w tym drugiego dna. Komplement wszak jest jak butelka – dno ma tylko jedno, z której strony by go nie obrócić.

Jak więc reagować?

Dygnij nóżką, daj policzkom spąsowieć, zamknij się w publicznej toalecie na pół godziny, żeby to przekontemplować w samotności, jeśli nie radzisz sobie z pozytywnymi emocjami albo… po prostu podziękuj z uśmiechem. Ale nigdy nie zaprzeczaj. Nie chcesz przecież, żeby Twój rozmówca dostał w twarz za dobre chęci, prawda?

W części drugiej opiszę przykłady sytuacji związanych ze sztuką przyjmowania komplementów. Bo to jednak pewna sztuka.

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.

Dobre, bo polskie… narzekanie?

Narzekanie jest równie polskie jak czekolady Wedla. Z tą różnicą, że może je produkować każdy, nie tylko Wedel. I podobnie jak wódka powinno dostać specjalny certyfikat polskości, bo niewiele tak wyróżnia mieszkańców naszej szerokości geograficznej jak wódka i narzekanie właśnie. No, może jeszcze ziemniaki i wysokie statystyki ludzi uprawiających seks w pozycji na misjonarza. Lecz dzisiaj nie o misjonarzach.

Obrazek

Gdy pada śnieg, chcemy, by natychmiast rozpuściło go słońce. I narzekamy.
Gdy jest upał, nie starcza nam ubrań… do zdejmowania. I narzekamy.
Gdy mamy pracę, trzeba wstać rano. I narzekamy.
Gdy jej nie mamy – jest ból, cierpienie i zgrzytanie pochwy. I narzekamy.
Gdy mamy mały biust, wieszamy sobie zdjęcie Pameli Anderson nad łóżkiem (uwielbiamy masochizm). I narzekamy.
Gdy mamy duży z kolei – ubolewamy nad tym, że nie możemy swobodnie podbiec do tramwaju. I… tak! narzekamy.

Narzekanie to często jedna z nielicznych kwestii, w których my, Polacy, jesteśmy tak niesamowicie zdeterminowani jak matka Madzi w wypieraniu się swojej winy.
A gdy wyjątkowo nie mamy tymczasowo na co narzekać… to wtedy narzekamy na wszystko!

Czy naprawdę kryją się w większości z nas skromni asceci, którzy uwielbiają dobrowolnie wcielać w życie UMARTWIAIZM? Lubimy, gdy inni myślą, że nasze alter ego to św.Aleksy?

Ja tam zawsze będę twierdzić, że i optymiści, i pesymiści są durni, bo zwracają uwagę na to, czy szklanka jest do połowy pełna, czy do połowy pusta.  Albowiem powiadam Wam – nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, CZYM ona w ogóle jest wypełniona.

Wiesz co?
Przestań narzekać i zacznij żyć. Jak nie widzisz światełka w tunelu, to wejdź tam i je sobie zapal.

Już niedługo rusza u mnie na blogu akcja Dzień Bez Narzekania. Każdy, kto tylko zechce, będzie mógł się do mnie oczywiście dołączyć. Zostańcie przy odbiornikach!

Z wyrazami blogowości,
Citrrus.